Rise and shine! Czyli Doctor Who i finał sezonu ósmego


   Ten sezon zleciał w błyskawicznym tempie. 11 tygodni minęło mi bardzo szybko, szczerze mówiąc: nie wiem, gdzie się podziały. A tu już listopad, ba, połowa listopada! 
   Ósmy sezon przyniósł dla mnie wiele emocji, nie wszystkie z nich były pozytywne. Tym, za co dziękuję twórcom Doktora Who jest Peter Capaldi, który okazał się idealnym wyborem castingowym na Dwunastego Doktora. Capaldi - jako wielki fan Doctora Who - rozumie, czym dla tysięcy fanów jest owa postać i podarował nam unikalnego, interesującego i wzbudzającego głębokie uczucia (przynajmniej we mnie) Szalonego Mężczyznę z niebieską budką i śrubokrętem.  
Finał sezonu obejmuje dwa odcinki: Dark Water i Death in Heaven, które jednak lepiej wyglądałyby jako całość. Dark Water wydał mi się zbyt przedłużony, nie było akcji i praktycznie nic się nie działo. Wydaje mi się, że Moffat usiłował umieścić więcej suspense'u i przedłużyć akcję, dlatego zaznaczam, że jeżeli piszę "finał był dobry", mam na mysli Death in Heaven

   Finały Doktora Who zawsze były interesujące: raz okazało się, że Tardis może przemienić cię w bóstwo, drugi: cały świat okazuje się obracać wokół Tennanta, trzeci: wspomnienie o Doktorze sprawia, że ten powraca do życia (something old, something new, something borrowed, something blue). Ósmy sezon nie pozostał w tyle (uratowała go Missy) i wydaje mi się, że odcinek Death in Heaven podniósł standard nowej serii i należy do trzech dobrych odcinków, ponieważ reszta była po prostu... słaba.
   Jest to bardzo spoilerowy wpis o finale sezonu ósmego Doctora Who, nawiązujący do całej serii. Nie widziałeś finału - nie czytaj! 
Kino i Wino: odcinek 1x08, odcinek 4x08. Tak dla porządku :)


Doktor "Doktora..." nie czyni
   Jak wyżej: sam Capaldi nie uratuje ósmej serii. Dwunasty był genialny: dojrzały (możemy zauważyć nawet z wyglądu), sfrustrowany mężczyzna z niebieską budką, który w końcu zaczyna odczuwać straty, jakie poniósł w swoim niezwykle długim życiu. Doktor nareszcie pokazuje, że ma trochę dosyć ludzi, ponieważ przez wszystkie lata jak ratuje Ziemię jej mieszkańcy nie robili nic, tylko wchodzili mu w drogę - poza okazjonalnymi Towarzyszkami, które zwykle ratowały mu tyłek (ktoś musiał, w końcu on ratował całe światy). 
No właśnie: Dwunasty pojął, że wszyscy jego towarzysze poświęcili dla niego życie one way or another i zrozumiał, że coś jest nie tak. Szuka innego sposobu; rezygnuje z podejmowania decyzji o rasie ludzkiej, odcina się od ludzi, kłamie, oszukuje, nie lubi się przytulać (horror)... to już nie jest nasz ciepły, kochany i infantylny Jedenasty, który przytulał wszystkich, całował wszystkich i zaprzyjaźniał się ze wszystkimi. To Doktor, który nie chce bliżej poznawać nikogo. To Doktor, który uważa, że dwunastoletnie dziewczynki się nie liczą (dla wtajemniczonych).
   Przez cały ósmy sezon Doktor usiłuje odgadnąć, kim naprawdę jest. Czy jest dobrym człowiekiem? Czy jest bezlitosnym dowódcą? A może definiuje go jego przyjaciel z dzieciństwa, który nie pomaga biedakowi w identyfikacji, wiecznie mieszając mu w życiu. Ostatecznie Dwunasty odnajduje swoją definicję: jest po prostu idiotą, który usiłuje postąpić właściwie. Prawie jak Forrest Gump.
   Powracając do tezy, którą postawiłam w podtytule: ósmy sezon dostał Capaldiego, który jest fascynującym Doktorem lecz jeden aktor nie uratuje całego serialu. Z początku myślałam, że wesprą go Samuel Anderson i Jenna Coleman (która co prawda miała swoje błyszczące 40 minut w Flatline), jednak Anderson okazał się aktorem słabym (dwa ostatnie odcinki temu dowodzą), zaś Clara nie dostała szansy na otrzymanie osobowości, again, a już myślałam, że w końcu tę postać polubię.

Go to hell

   Naprawdę miałam nadzieję, że Doktor w końcu ma dosyć Clary i w Dark Water pozbędzie się jej raz na zawsze. Wiadomo, że bez Towarzyszki nie byłoby odcinka, bez zmartwychwstania/poświęcenia Danny'ego zaś fabuły i elementu wielkiego zaskoczenia ale myślałam, że może pozostałe 2 odcinki będą polegały na Doktorze biegającym po kwiecistej łące z motylkami i jednorożcami. I z Missy, jak już mogę uprzeć się przy swoim. 
   Istotną rzeczą, jaką chciałabym zaznaczyć jest opening Death in Heaven. W każdym odcinku widzimy oczy Doktora, jednak w finale pojawia się facjata Jenny Coleman. Nic mniej właściwego: w końcu w Death in Heaven Clara sama staje się Doktorem (podobnie jak w Flatline) i jest mu równa. Znakomite kłamstwa i intryga na początku odcinka, wcześniejsze sprzeciwy i postawienie na swoim naprawdę sprawiły, że zaczęłam wierzyć w to, że postać ewoluowała. Nastąpiła - ulubiona epoce romantyzmu - wewnętrzna przemiana i Clara wykształciła osobowość. Niestety, kilkanaście minut później nadszedł czas na ponowne spotkanie Danny'ego i czar prysł: Towarzyszka wróciła do swojej wątłej, słabej, uzależnionej od drugiej osoby postaci.
Dowiadujemy się też, że Clara nie byłaby dobrym Doktorem, ponieważ nie posiada umiejętności wybaczania oraz odseparowania emocji od podejmowania istotnych decyzji. W końcu bez wachania zabiłaby Missy i dokonała zemsty, gdyby miała okazję.

Nie widziałeś przyjaciela od setek lat: jaka jest pierwsza rzecz, jaką robisz po ponownym spotkaniu? Selfie!

Master is back
   Do akcji powrócił Master (obecnie Missy), dawny przyjaciel i przy okazji nemezis Doktora (kto widział "stare" doktorowe odcinki, ten wie, o co chodzi).
Michelle Gomez jako Missy jest fantastyczna. Wspomniałam wcześniej, że postać Missy ratuje finał i jest to głównie zasługa aktorki, wcielającej się w jej postać. Gomez wydaje się smakować w swoim szaleństwie, bawi się emocjami, drwi z ludzi ale jest również kochana i troskliwa: w końcu podarowała Doktorowi na urodziny armię Cybermanów ;) Missy jest moim ulubionym rodzajem złego-szalonego geniusza: poznanie Clary i Doktora, zebranie milionów dusz, by zmienić je w Cybermanów, by ostatecznie podarować ich przyjacielowi na urodziny? I'm game!
A tak na poważnie: zauważyliście, że Missy jest takim doktorowym Jokerem? Wydało mi się to zbyt oczywiste i zbyt zabawne, by nie zwrócić na to uwagi. 

Ostatnia moda Londynu: Cybermen selfies.


Największe rozczarowanie sezonu: Danny Pink
   Danny Pink mnie zawiódł. Zapowiadał się naprawdę dobrze: żołnierz, który swoje w życiu przeżył, gardzi przywódcami, ma dość zastrzyków adrenaliny i chce żyć normalnym życiem, więc zostaje nauczycielem matematyki. Do tego w pierwszych epizodach wydawał się przeuroczy: miał swoje demony, które jednak nie zniszczyły jego osobowości i pozostał lekko nieśmiały i wiecznie zakłopotany (patrz: sceny poznania Clary).
   Wydawało się, że Danny i Clara będą świetną parą. Niestety, coś w pewnym momencie scenariusza poszło nie tak i Danny zmienił się w nietolerancyjnego mężczyznę, zabraniającego kobiecie, którą - rzekomo - kocha wykonywania rzeczy, dla których żyje - podróży z Doktorem, które ją definiują. Clara zaś, by zatrzymać Danny'ego - okłamuje go na każdym kroku. Bardzo zdrowy, pełen miłości związek, nie ma co. Jestem zdziwiona, że tak niedopasowani ludzie mogli być razem, nie mówiąc o jakimkolwiek uczuciu między nimi, biorąc pod uwagę, że cały czas żyli w fałszu.

   Po obejrzeniu finału Doctora Who stwierdzam, że Danny Pink został wprowadzony do serialu, by umrzeć. Jego jedyną rolą było zostanie cybermanem i heroiczne poświęcenie własnego życia, wiadomo. Dlaczego jednak nie napisać postaci porządnie, stworzyć więź pomiędzy "emerytowanym" żołnierzem/nauczycielem matematyki i widzami, by coś poczuli, gdy ten umiera? W końcu Moffat słynie z łamania serc fanów i robienia sieczki z mózgu (to drugie akurat mu wyszło). Może są osoby, które płakały po Danny'm - ja czułam się po prostu znudzona. Czułam, jakby ta heroiczna, czysto amerykańska scena poświęcenia została wymuszona, bym okazała wzruszenie. Wierzcie mi, że bardziej wzruszyłam się (no dobra, wyłam "jak bóbr"), gdy Doktor próbował odnaleźć Gallifrey ale znów: Capaldi. Acting
   Oczywiście, w śmierci Danny'ego chodziło o pokazanie, że to właśnie były żołnierz okazuje się bohaterem - nie Doktor. Dużo dramy, mało treści.


Biurokratyczne zaświaty
   Ucieszyłam się, gdy okazało się, że biurokratyczne zaświaty jednak nimi nie są, gdyż byłoby to jednak trochę zbyt supernaturalne, nawet jak na Doctora Who, który jest serialem, przekraczającym wszystkie możliwe granice wymiarowe (patrz: Gallifrey, o tym jednak za chwilę). Mam nadzieję, że są jednak miejsca, w których stopa Doktora nie postanie z powodów czysto technicznych (znów Gallifrey!).

O co mi chodzi z tym Gallifrey? 
   Otóż, Gallifrey zostało uratowane przez Doktora i wylądowało w innym wymiarze. Niemożliwym byłoby kiedykolwiek wylądowanie na owej planecie, bądź odnalezienie jej przez Tardis, prawda? Fakt ten został jasno przedstawiony: nie ujrzymy Gallifrey na oczy. Otóż, nowemu Doktorowi Who nadarzył się taki osobnik, zwany Stephenem Moffatem, który postanowił siać spustoszenie i robić wodę z mózgów fanów, usiłujących zrozumieć jego tok myślenia. Albo po prostu z każdym kolejnym odcinkiem postanowił ignorować swoje wcześniejsze wybory i stwierdził, że będzie niekonsekwentny i nielogiczny. 
To nadal nie jest hate na Moffata, ja po prostu staram się go zrozumieć. Nie kwestionuję jego pomysłu z "pyłem Cybermenów" (Cybermen pollen), ponieważ Doktor Who zawsze był nieco absurdalny i nielogiczny ale...
   Nadchodzi Listen i Clara podróżuje przy pomocy Tardis do przeszłego Gallifrey i odwiedza młodego Doktora. Następnie jest czas na finał i okazuje się, że Missy wie, gdzie jest jej rodzima planeta, Doktor zaś jej uwierzył. Oczywiście okazało się, że Gallifrey tam nie było lecz Clara nadal odwiedziła planetę w Listen. HOW.

Gdzie jest Gatiss?
   Taki mały off-topic, który mam nadzieję zostanie mi wybaczony. Seb podbił me serce i mą duszę lecz zauważyłam jedną, dość istotną kwestię w jego postaci: została stworzona dla Marka Gatissa. Chyba nie byłam jedynym widzem, który widział aktora w tej roli? Właściwie Gatiss tak mi odpowiadał jako ów ironiczny AI, że nawet nie musiał tej postaci zagrać. Tęsknię za Gatissowską nutką w Doktorze Who.

Podsumowując:
   Sezon ósmy był bardzo nierówny. Mieliśmy genialne odcinki, takie jak Listen, Time Heist czy Mummy on the Orient Express ale też obok nich znajdują się Kill the Moon, Robots of Sherwood, czy Into the Dalek. Na szczęście każdy z nich jest pełen cudownego Petera Capaldiego, który nawet w nielubianym przeze mnie odcinku o Robin Hoodzie ratuje sytuację, chociażby w scenie pojedynku łyżeczką. Na pewno nie nazwę najnowszej serii moją ulubioną, Dwunasty jednak jest na pierwszym miejscu "moich" Doktorów, podium zaś dzieli z Dziesiątym.
   Teraz nie pozostało mi nic innego, tylko czekać na świąteczny odcinek specjalny z gościem w postaci Świętego Mikołaja (Nick Frost), choć przez niski poziom tego sezonu nie jestem nim specjalnie podekscytowana. Miejmy nadzieję, że Christmas Special nas zaskoczy i ktoś może jednak pozwolił Capaldiemu napisać scenariusz...

The Master na przestrzeni lat.




PS. Nadszedł ten miesiąc. Nie chodzi mi o premierę Dragon Age: Inkwizycji, choć ta ma miejsce za 9 dni (!!!). Chodzi mi o miesiąc, w którym blog cierpi na notoryczny brak wpisów. Listopad jest moim wrogiem i co roku ogarnia mnie chandra i niemożność wypocenia z siebie czegokolwiek kreatywnego. Ten wpis zajął mi cztery godziny, a jest to wersja robocza, którą musicie mi wybaczyć. Mam nadzieję, że moje szare dni się rozjaśnią (cóż za romantyczna metafora), mój styl ulegnie poprawie i nabierze mnie ochota do pisania. 

Komentarze

Popularne posty