Pokonaliśmy kicz, czyli 'What if'
Pomyślałam sobie: ten blog potrzebuje więcej recenzji uroczych filmów. Dlatego postanowiłam podzielić się swoimi wrażeniami z seansu What if, choć pierwotnie nie był to mój plan. Lubię czasem napisać lekką notkę, nie rozkładać filmu na części pierwsze i wypominać co poszło źle, co jest akceptowalne bądź co mnie kupiło, dlatego dzisiejszy wpis będzie o tym, że czasem powinniśmy obejrzeć sobie słodki i nietrudny film, po którego seansie uczyni nam się cieplutko gdzieś w środku. Takie filmy są darmową terapią, ponieważ pokonają każdą chandrę.
Uniwersalnie: jest on i jest ona. On: Wallace (Daniel Redcliffe), pracownik biurowy, były student medycyny, którą porzucił po ciężkim zerwaniu ze swoją lubą. Od zdrady owej eks przestał wierzyć w miłość i bardzo sceptycznie podchodzi do kwestii uczuciowych. Ona: Chantry (Zoe Kazan), animatorka, szczęśliwie zakochana, pozytywnie zakręcona. Para spotyka się na imprezie, jedno prowadzi do drugiego i... zostają przyjaciółmi (myśleliście, że napiszę coś innego, hm? "Jedno prowadzi do drugiego" to bardzo szerokie pojęcie). Wallace i Chantry bowiem znaleźli wspólny język: okazało się, że łączy ich czarny humor, zdolność do wiecznego wygłupiania się ale przede wszystkim - moim zdaniem - każde potrzebowało przyjaciela: kogoś, z kim mogą porozmawiać i wyjść na kawę. Wallace posiada kumpla, który jednak nie za bardzo nadaje się na degustację sushi i aktualnie sam przeżywa życiowy romans, zaś chłopak Chantry nie ma czasu, by wychodzić z nią na kawę do parku. Wallace i Chantry więc zaprzyjaźniają się. Wychodzą razem na sushi, popołudniową kawę, do kina, bądź na imprezę. Wspólnie żartują i rozmawiają na każdy temat, wysyłają sobie "durne" maile, w skrócie: znajdują wspólny język i okazuje się, że świetnie do siebie pasują.
I tu pojawia się odwieczny kłopot przyjaźni damsko-męskiej, ponieważ Wallace po pewnym czasie (dość długim, ponieważ para przyjaźni się dobre kilka miesięcy) uświadamia sobie, że jest zakochany w Chantry. Niestety (lub "stety") nasz bohater jest dobrym człowiekiem i nie chce psuć związku Chantry ani relacji, jaką z nią aktualnie posiada. I tak oto nasz bohater doszedł do impasu.
Przede wszystkim chciałabym zaznaczyć, że polubiłam głównego bohatera już w pierwszych minutach filmu. Come on, jak można nie lubić imprezowego outsidera, który układa na lodówce anty-miłosne sentencje? A może to jedynie mój typ mężczyzny?
Od początku wiedzieliśmy, że Wallace stara się postępować właściwie i nie znosi fałszu. Dlatego zerwał ze swoją dziewczyną, dlatego nie zadzwonił do Chantry, dlatego przeżywał wewnętrzny konflikt w kwestii swoich uczuć do dziewczyny. Istotne jest to, że nie wydawał się w swojej przyzwoitości sztuczny. Wallace nie jest przesadnie prawy, czy uczciwy - potrafi być egoistą i, jak każdy, jest trochę samolubny ale stara się postąpić właściwie, ponieważ przeżył w swoim życiu podobne sytuacje i wie, że egoistyczne pobudki nie prowadzą do niczego dobrego. Bohaterowie większości komedii romantycznych czynią, co im się podoba: niszczą związki, przyjaźnie, zdradzają się dookoła i usprawiedliwiają to miłością, głębokim uczuciem. What if pokazuje, że realny świat taki nie jest - a przynajmniej nie powinien być - i powinniśmy zastanowić się, zanim zniszczymy komuś życie i podejmiemy impulsywną decyzję.
What if jest filmem o normalnych ludziach z codziennymi problemami, skupiającymi się na pracy, przyjaciołach i rodzinie. Aktorzy nie są "wymuskani", przesadnie piękni, postaci zaś nie posiadają przesadzonych, skrajnych osobowości tylko przypominają zwykłych ludzi. Między Redcliffem a Kazan wystąpiła zaś cudowna chemia, która sprawiła, że pasują do siebie idealnie, dialogi zaś są błyskotliwe i zabawne. Między tą parą nic nie jest wymuszone i widać, że Wallace i Chantry naprawdę są bliskimi przyjaciółmi i rozumieją się nawet bez słów. Wielki plus dla Daniela, który w końcu oderwał się od plakietki "Harry Potter" i blizny z błyskawicą na czole, bowiem nie wyobrażam sobie innego aktora w roli Wallace'a. Zoe Kazan zaś urzekła mnie swoją słodyczą i uroczą grzywką (chciałabym, by moja się tak układała) i tym infantylnym stylem, który jest lekko hipsterski. W ogóle wszyscy tu ubierają się jak hipsterzy ale nie powiem, że narzekam, bowiem styl mi całkowicie odpowiada. Sue me, w romansach wolę hipsterów od długonogich modelek - są trochę bardziej realni.
Chciałabym powrócić teraz do tego problemu przyjaźni damsko-męskiej, ponieważ za każdym razem, gdy gdzieś pisze się o What if nagle powstaje dyskusja o tzw. "friendzone". I wszystkim ludziom, którzy mówią, że friendzone jest realne, zacytuję wypowiedź Daniela Redcliffe'a: The idea of a friendzone is a terrible male idea; it's men going "well this woman won't have sex with me..."
Podzielę się z wami moją skromną opinią, mianowicie uważam, że każdy związek powinien rozpoczynać się przyjaźnią. Warto upewnić się, czy dana osoba jest dla nas rzeczywiście stworzona - Wallace i Chantry przekonali się o tym, przyjaźniąc się przez długi czas. I nazwijcie mnie romantyczką ale mam nadzieję, że są osoby nam przeznaczone, które zrozumieją nas bez słów. Niekoniecznie musi to być jedna osoba, świat jest sporym miejscem. Żeby się o tym jednak przekonać należy taką jednostkę poznać, przyjaźń zaś jest najlepszym na to sposobem.
What if jest filmem, po którego obejrzeniu na naszych twarzach zawita uśmiech, w mózgach zaś dobry humor. Film ten daje nam nadzieję, że może dla nas też zaświeci słoneczko i istnieje szansa, że znajdziemy swoją drugą połowę. Polecam tę produkcję każdemu, ponieważ po seansie jest nam po prostu przyjemnie, uroczo i wesoło. Film nie jest arcydziełem (nie zamierzam jednak wymieniać jego wad, gdyż nie o to tu chodzi) ale należy do produkcji istotnych, gdyż czasem człowiek potrzebuje tego typu kina. Kina, które sprawia, że czujemy się lepiej, śmiejemy się i dobry humor zostaje z nami do końca dnia. Dlatego też obejrzyjcie What if w wolnej chwili, by i wam zrobiło się cieplej na duszy, ponieważ jesień często niesie ze sobą chandrę. Idealnym środkiem na chandrę zaś jest uroczy film i tona czekolady :)
PS. "Słowo na M"? SERIO? Poważnie, czy sentencja "Co by było, gdyby..." jest niedostępna polskim tłumaczom? Czy jest to wyrażenie niecodzienne, bądź nadto skomplikowane? Te polskie tytuły mnie kiedyś wykończą, ponieważ gdy stoję w kolejce po bilet i proszę o ulgowy na What if i pytają "na co?" nie wiem, co odpowiedzieć, bo szczerze nie pamiętam/nie sprawdzałam >_<






Komentarze
Prześlij komentarz