Bo nie każda ekranizacja powieści takową jest, czyli Maze Runner - Więzień Labiryntu


   Tytuł postu mówi sam za siebie. Maze Runner nakręcony przez Wesa Balla nie jest ekranizacją powieści Jamesa Dashnera o tym samym tytule. Pomyślałam, że warto zaznaczyć to na samym początku, gdyż dzisiejsza recenzja nie zostanie potraktowana jako opinia o ekranizacji powieści - zamierzam zrecenzować jedynie film. Moją opinię o powieści Dashnera znajdziecie tu.
   Dlaczego Maze Runner nie jest ekranizacją Więźnia Labiryntu? Cóż, jak to często bywa ze scenariuszami opartymi na książce - z Maze Runnera Dashnera zaczerpnięto jedynie ogólną koncepcję fabuły. Film nie jest oparty na powieści i ma z nią wspólnego około 15%, więc jestem w stanie - bez wyrzutów sumienia - wyeliminować opcję Maze Runnera jako ekranizacji bestsellera.
   
  Długo zastanawiałam się, czy powinnam iść do kina na ów film. Przeczytałam książkę stosunkowo niedawno i obawiałam się, że nie będę w stanie podejść do ekranizacji "na świeżo" i zacznę jedynie porównywać oryginał z filmem.
Ostatecznie w kinie wylądowałam, jednak nie byłam w stanie wystarczająco skupić się na filmie. Dlaczego? Otóż, dopadł mnie okrutny przypadek pecha, mianowicie: wycieczka szkolna. Do tego była to amerykańska wycieczka szkolna. Zrozumiałam, że chyba jestem już za stara na żarty i wygłupy typu: krzyczenie na całą salę wyrazów takich jak „penis”, czy „testicles” i jest to dla mnie niezaprzeczalnie irytujące. Przez cały film słuchałam więc elokwentnych nastolatków, z którymi – oczywiście – nikt nic nie zrobił. Pracownicy kina przez pół filmu stali w rogu sali również nie zwracając uwagi na przeszkadzającą młodzież. Nie zrozumcie mnie źle – wcale się nie dziwię, ponieważ nie przeżyłam jeszcze sytuacji, w której przeszkadzający na sali ludzie zostaliby z niej wyrzuceni. Takie epizody to dla mnie legendy.
Skarżę się na ową sytuację by usprawiedliwić się, jeżeli moja recenzja będzie dość „kulawa”. Mam powód, którym jest pragnienie popełnienia masowego mordu na grupie nastolatków przez dwie godziny, więc chyba jestem usprawiedliwiona? :)

 Welcome to the Glade

   W pierwszej scenie filmu poznajemy głównego bohatera – Thomasa, który budzi się w żelaznej windzie, nie pamiętając żadnego szczegółu ze swojego życia. Niedługo po jego przebudzeniu zostaje przywitany przez mieszkańców Strefy (Glade), mianowicie stado nastoletnich chłopców, którzy zamiast pomóc Thomasowi - szydzą z niego (nic przyjemnego, gdy budzimy się pozbawieni emocji w żelaznym pudle, prawda?) Nasz główny bohater nosi tytuł "świeżaka" dość krótko, bowiem niedługo po jego przybyciu do Strefy żelazna winda przywozi jeszcze jedną osobę. Tym razem jest to czarnowłosa dziewczyna - Teresa - która okazuje się być kluczem do przeszłości Thomasa.
   W miarę jak fabuła idzie do przodu dowiadujemy się, że Strefa leży pośrodku ogromnego Labiryntu, który zmienia swoją strukturę każdego dnia. Chłopcy zostali tam umieszczeni przez grupę naukowców w ramach chorego eksperymentu, o którym właściwie do końca nie mają pojęcia - a raczej: większość mieszkańców Strefy nie ma pojęcia. Ich zadaniem jest znaleźć wyjście z Labiryntu, co nie jest łatwe, gdyż co wieczór wielkie, kamienne wrota zamykają drogę powrotną, po zmroku zaś do Labiryntu zostają wypuszczane przerażające potwory zwane Buldożercami (ta nazwa nigdy nie przestanie mnie bawić, przepraszam). 
  

   Podobnie jak w przypadku powieści, akcja filmu rozwija się dość powoli. Reżyser (Wes Ball) pozwala nam poznać Strefę oraz jej mieszkańców, które zostały przedstawione ze sporą szczegółowością. Według mnie ukazanie środowiska, w którym kształtowali się mieszkańcy Strefy jest istotne dla całości historii i Ball ma za to u mnie spory plus. Ponadto: wizualna strona Maze Runnera jest znakomita. Jeżeli można zakochać się w Strefie i Labiryncie - ja to uczyniłam. Labirynt to czyste cudo i to właśnie dzięki świetnemu projektowi sceny akcji trzymają w napięciu.

  Odpowiednio istotna w ekranizacji również okazała się być psychologia "porwanych" chłopców - i tu w grę wchodzi obsada Maze Runnera.
   Maze Runner to film, który daje młodym talentom pole do popisu. Nie wszystkim, ponieważ jest to film ograniczony czasowo, więc pewne cięcia musiały zostać poczynione, jednakże są aktorzy, którzy sobie radzą i tacy, którzy... już niekoniecznie. Recenzując moje guilty pleasure, mianowicie Teen Wolf wspomniałam o tym, jakim dobrym aktorem jest Dylan O'Brien. Oczekując na Maze Runnera miałam jedynie nadzieję, iż aktor podobnie spisze się na dużym ekranie i nie zawiodłam się. O'Brien - nie kopiując powieściowego Thomasa - stworzył nowego bohatera, pasującego do wersji filmowej co jednak nie jest wielkim wyczynem - o tym, dlaczego za chwilę). Dylan sprawił, że w końcu polubiłam tę postać, bo filmowy Thomas ma własne zdanie. Jest niepewny, owszem (kto by nie był, gdyby nagle odebrano mu wszystkie wspomnienia i wrzucono do wioski z kilkudziestoma brudnymi młodziakami) lecz od samego początku wie, czego chce i pozostaje przy swoich przekonaniach, nawet jeżeli oznacza to złamanie reguł Strefy. Nie robi tego "niechcący" jak książkowy Thomas. Czyni to impulsywnie lecz z pełną odpowiedzialnością. Filmowy Thomas nie jest jednak postacią-bohaterem, którego będziemy wspominać przez lata i który wzbudza w widzu szczególne uczucia, bowiem nie poznajemy go dostatecznie dobrze, by mógł nas poruszyć. O'Brien zagrał dobrze to, co miał do zagrania i wygląda na to, że chciał dodać trochę od siebie lecz zabrakło czasu na ekranie.


Kolejną gwiazdą Maze Runnera okazał się być Ki Hong Lee, który wcielił się w postać Minho - lidera Biegaczy, czyli grupy badającej Labirynt. Hong Lee wydaje mi się idealny do tej roli (i to nie dlatego, że jest koreańczykiem) i pokazuje, że potrafi grać. Widać, że aktor dobrze zapoznał się z postacią przed wejściem na scenę, bowiem sprawił, iż nawet po haniebnym czynie (nie będę spoilerować, nie bójcie się) nie straciliśmy sympatii do lidera Biegaczy, a nawet zrozumieliśmy jego postępowanie. 
Każdy z mieszkańców Strefy jest w końcu nastoletnim chłopcem i nieważne, ile w życiu przeszli to nadal są ludzie i popełniają błędy. Cieszę się, że Ball nie uczynił ze Strefowiczów superbohaterów pozbawionych strachu - dzięki temu psychologia jest bardziej realna.
   Warto wspomnieć również o Thomasie Brodie-Sangsterze (Newt), który jest chodzącą słodyczą oraz Willu Poulterze (Gally), którego znamy z ról wielu złych chłopców. Niestety, nic więcej poza "wspomnieniem" z czystym sumieniem uczynić nie mogę, gdyż są to kolejne postaci, które mogły zostać rozpisane bardziej. Obaj młodzi aktorzy wykazują potencjał i dobrze odgrywają swoje maleńkie rólki lecz po prostu nie mają czym się popisać. Newt i Gally to zmarnowany potencjał Maze Runnera, podobnie jak Thomasco ciężko wybaczyć scenarzystom. Z początku nie chciałam nawet wspominać o Alby'm (Aml Ameen), bowiem czuję się, jakby w filmie nawet go nie było. Po prostu go nie zauważyłam ale może dlatego, iż jego książkowy odpowiednik również nie był bliski memu sercu.
   Ważną rolę w filmie odgrywała Kaya Scodelario (Teresa). Albo raczej: miała odegrać, ponieważ z gry aktorskiej zbyt wiele nie ujrzeliśmy. Aktorka znana jest z serii Skins, za którą była podziwiana i wychwalana, jednak najwyraźniej nauczyła się odgrywać jeden typ postaci i nie idzie jej zbyt dobrze, gdy ma stworzyć coś nowego. Jestem w stanie nazwać ją godną następczynią Kristen Stewart, gdyż przez całe dwie godziny filmu nie zmieniła wyrazu twarzy. Stewart jednak po latach pokazała, że jednak grać potrafi, miejmy nadzieję, że Scodelario uczyni to samo. 


   Niestety: efekty specjalne, przedstawienie wizualne i dobre aktorstwo części obsady nie czyni filmu dobrym. Był takowy (dobry, nie porywający), dopóki Thomas nie zaczął odkrywać swojej przeszłości... gdyż wtedy scenarzysta zaczął szaleć. W skrócie: zbyt dużo zamieszania w zbyt krótkim czasie. Niewiele zostaje wyjaśnione i choć ostatecznie "o to chodziło" - nie tak tworzy się suspense. W drugiej połowie filmu scenarzyści kompletnie "odlecieli" i nawet ja - po przeczytaniu powieści - miałam problem z połapaniem się, o co chodzi. Przede wszystkim: gigantyczne, oślizgłe robo-pająki? Serio? Możliwe, że podchodzę do Buldożerców jako osoba, która czytała książkę i ma już pewne wyobrażenie, jak wyglądają owe stwory, jednakże Grievers miały być przerażającymi stworzeniami, będącymi połączeniem zwierzęcia (nie robala) i kilku mechanicznych części. Buldożercy (ta nazwa mnie zabija) wydają mrożące krew w żyłach dźwięki (wrzask, skrzypnięcie, wrzask, skrzypnięcie).
   Czytałam również opinie recenzentów, którzy narzekali na "akcję" Maze Runnera. Bezspoilerowo podsumowując: jest kilkudziesięciu chłopa, uciekającego przed gigantycznymi robo-pająkami, przeciskając się przez ściany. That's it, that's the show. Niestety, w powieści było mniej-więcej tak samo, poza tym, że autentyczna akcja zawierała może góra dwadzieścia stron. Akurat w tej kwestii Bell mógł się popisać: poczęstowano nas jedynie śliczną scenografią.
   Maze Runner został zaprojektowany, by być trylogią. Teraz wszystko jest trylogią, więc czemu się dziwić? Zakończenie zadziwia i sprawia, że jesteśmy ciekawi ciągu dalszego bez względu na to, czy film nam się podobał, co jest dość niecodziennym zjawiskiem. Cóż, mnie nie podobało się Pustkowie Smauga ale wiem, że obejrzę Bitwę Pięciu Armii w dzień premiery - może to ten typ sequela

Patrzcie: tam leży nasz zmarnowany potencjał!
   Podsumowując: jeżeli osoba, która - tak jak ja - niedawno przeczytała powieść Dashnera może dobrze bawić się na Maze Runnerze, obserwując interpretację reżysera. Trochę gorzej okazuje się, gdy uświadamiamy sobie, iż owa interpretacja została stworzona tylko po to, by zarobić pieniądze na kilku dobrze zbudowanych i przystojnych młodych aktorach. Maze Runner powinien zakończyć się po pierwszej części, nawet jeżeli powieść ma cztery tomy. Ostatnimi czasy, niestety, wszystko musi być trylogią - w końcu Hollywood świetnie zarabia na trzyczęściowych seriach dla młodzieży z obsadą jak z obrazka. Dlatego jeżeli masz ochotę obejrzeć Dylana O'Brien'a z idealnie umięśnioną klatką piersiową - to film dla ciebie. Nie należy oczekiwać jednak od Maze Runnera następcy Harry'ego Pottera, bądź nawet Igrzysk Śmierci, które według mnie nie są tak dobre, jak głosi opinia powszechna. Ot, taki film na piątkowy wieczór z kumpelami, winem i Dylanem w obcisłej koszulce.


PS. Strasznie długo męczyłam się nad tym postem, bo nie chciałam, by wyszła z niego bezpodstawna krytyka. Myślałam, że nie mam czym poprzeć mojego rozumowania a tu powstał taki gigant! Niestety, męczy mnie ostatnio brak weny twórczej do recenzowania filmów do których posiadam obojętny stosunek lecz liczę na poprawę. 
PPS. Przepraszam za tak długą nieobecność na blogu, aczkolwiek zaczął się październik, co równa się studiom. Powoli organizuję sobie czas, by mieć czas na pisanie kreatywne (prace roczne nie liczą się jako pisanie kreatywne w moim mniemaniu), więc mam nadzieję, iż nadal będę wstawiała posty regularnie, aczkolwiek z mniejszą częstotliwością niż w wakacje, oczywiście. 

Komentarze

Popularne posty