Śniadanie u Tiffany'ego zawsze wzbudzało we mnie cieplutkie uczucie gdzieś w środku. Gdy oglądam ów film staję się kompletnie zrelaksowana i nieważne jak zły mogłam mieć humor - moje samopoczucie od razu ulega poprawie, gdy słyszę pierwsze nuty Moon River. Nie wiem, dlaczego i nie wiem co jest tak magicznego w tym filmie... może właśnie muzyka? Może bajecznie ukazany Nowy Jork z obrazków i wspaniała Audrey Hepburn przechadzająca się po ulicach, oglądająca wystawę Tiffany'ego.
Pomimo, iż każdy słyszał o Śniadaniu u Tiffany'ego - nie każdy ów film widział. Wszyscy znają Audrey Hepburn... lecz niewielki procent społeczeństwa potrafi wymienić inną produkcję w której wystąpiła - poza właśnie Śniadaniem... O czym jest więc sławne Breakfast at Tiffanys?
Fabuła jest prosta: ona - osiemnastoletnia, śliczna, nieco ekscentryczna i niezwykle infantylna właścicielka kota bez imienia, zakochana w biżuterii od Tiffany'ego; dziewczę obracające się wśród bogatej śmietanki Nowego Jorku utrzymuje się dzięki swej urodzie i zarabia dotrzymując towarzystwa "szczurom", mianowicie bogatym mężczyznom. Dziewczyna marzy o poślubieniu bogatego mężczyzny i życiu w dostatku. On - "skromny", przystojny pisarz, który wprowadza się piętro wyżej. Mieszkanie otrzymał od swej kochanki - bogatej mężatki, która płaci mu za wspólnie spędzony czas.
Holly i Paul znajdują wspólny język i stają się przyjaciółmi. Jak możemy się domyślić - wkrótce oboje zaczynają czuć do siebie coś więcej...
Śniadanie u Tiffany'ego jest filmem nieskomplikowanym i pozytywnie przerysowanym. Wszystko jest w nim wyolbrzymione: wydarzenia (np. tragiczna przeszłość Holly), aktorstwo, dialogi i napisane postaci. Każdy bohater zawsze reaguje gwałtownie, wszystkie postaci mają skrajną osobowość. Wywołuje to bardzo pozytywny efekt w trakcie oglądania, gdyż zamiast zażenowania odczuwamy rozbawienie.
Można by pomyśleć: samolubna, dziecinna (lecz zaradna - to z pewnością) młoda kobieta, której w głowie jedynie pieniądze. Jak polubić taką bohaterkę? Właśnie nie sposób nie polubić. Audrey Hepburn jest okrutnie przeurocza jako Holly Golightly - odgrywa jej rolę ze sporą dawką przesady, co idealnie pasuje do przerysowanego filmu. Powiedzmy sobie szczerze: w Śniadaniu u Tiffany'ego liczy się jedynie Audrey - gwiazda lśni przez cały film, czyniąc z reszty obsady jedynie tło. George Peppard - choć również bardzo dobrze odgrywa romantycznego artystę - przez cały seans pozostaje w cieniu Hepburn. Można by umieścić najprzystojniejszego aktora w Ameryce i Audrey nadal byłaby w centrum uwagi. Aktorka nie oszałamia nas tylko wyglądem (przez cały film występuje w cudownych, eleganckich kreacjach z idealną fryzurą) lecz również charyzmą. Z pozornie nienawistnej roli stworzyła bohaterkę, która rozkochała w sobie każdego widza.

Magii tego filmu nie tworzą jedynie urocza scenografia i romans; składają się na nią również cudowna ścieżka dźwiękowa autorstwa Henry'ego Mancini (Moon River otrzymało Oscara w 1961) oraz humor, który choć stanowi tło - jest istotny i zauważalny. Śniadanie u Tiffany'ego może być uroczo sztuczne lecz nie ma w nim nic wymuszonego; humor jest świeży, lekki i wywołuje uśmiech na twarzy za każdym razem, gdy oglądam ten film.
Najciekawsze jest to, że magia Śniadania u Tiffany'ego oczarowuje nas tak intensywnie, że dopiero następnego dnia uświadamiamy sobie, że Paul to utrzymanka bogatych kobiet w średnim wieku, Holly zaś była praktycznie prostytutką. Jest to dość okrutne stwierdzenie, jednak takie są fakty. Urok tego filmu po prostu zaślepia; wszystko jest śliczne, urocze, marzymy o wolnym życiu w cudownym Nowym Jorku... Niestety, Nowy Jork nie wygląda w rzeczywistości tak bajecznie jak ukazuje go Blake Edwards. Oglądając Breakfast at Tiffany's przez dwie godziny żyjemy w przeświadczeniu, że wszystko na świecie jest urocze i - szczerze? - mi to nie przeszkadza.
 |
| Szczerze uwielbiam kreację Hepburn. Jak już wspomniałam wcześniej: nie sposób nie lubić Holly, jednak scena wyrzucenia kota z taksówki jest chwilą, w której jej nie znoszę. Za każdym razem, gdy oglądam Śniadanie u Tiffany'ego czuję gniew na bohaterkę. Niestety, to uczucie całkowicie psuje mi zakończenie filmu. Za każdym razem! |
Śniadanie u Tiffany'ego nie jest filmem, który ogląda się raz w życiu. Ten film oglądamy za każdym razem, gdy natkniemy się na niego w trakcie przełączania kanałów. Ten film oglądamy razem z przyjacielem, który wyznał, że nigdy go nie widział. Oglądamy go, by zrecenzować go na blogu lub - po prostu - poprawić sobie humor. Breakfast at Tiffany's jest idealną produkcją do zaproszenia kogoś w świat "starych filmów". Prawdę mówiąc: wszystkie filmy z Audrey Hepburn mogłyby zostać zaprezentowane osobom niezaznajomionym ze starym kinem. Filmy z Hepburn są lekkie i przyjemne - idealne, by rozkochać w sobie każdego widza, który po zakończeniu seansu będzie łaknął jeszcze więcej. Dlatego - drodzy czytelnicy - nie czekajcie dłużej i obejrzyjcie Śniadanie u Tiffany'ego. Nawet jeśli film was w sobie nie rozkocha (choć mnie rozkochał w sobie dawno, dawno temu) - nie będziecie żałowali tych cudownych dwóch godzin. Jak już nieraz wspominałam w moich wpisach: każdy film jest wart obejrzenia - nawet ten "najgorszy".
"Okay, life’s a fact, people do fall in love, people do belong to each other, because that’s the only chance anybody’s got for real happiness."
"Ach" - wzdycha moja wewnętrzna romantyczka. "Niezależność, niezależność!" - krzyczy realizm w głowie. Ostatecznie wygrywa realizm.
To jeden z moich ulubionych filmów :) Widziałam go już kilka razy i chyba nigdy mi się nie znudzi.
OdpowiedzUsuń