'We are Groot', czyli Yuzu i jej przygoda z Guardians of the Galaxy


   Dwa tygodnie unikania spoilerów w Internecie: nie wiesz jak to jest, jeżeli tego nie doświadczysz. Czysty horror: unikanie tagów na Tumblrze (a co jeśli spoiler nie jest otagowany?), wyłączanie stron na widok szopa pracza, ograniczony kontakt z portalami społecznościowymi... W końcu jednak wróciłam do stolicy i udało mi się wybrać na długo wyczekiwanych Strażników Galaktyki. Mówię: "długo wyczekiwanych", ponieważ jestem wielkim fanem Marvela i mogę dumnie powiedzieć, że byłam na wszystkich filmach (oprócz Kapitana Ameryki) w kinie, stąd również moja wizyta tym razem. Coś jednak sprawiło, że tegoroczna produkcja Marvela różni się od poprzednich. 
    Przede wszystkim Guardians of the galaxy daje nam dwie godziny czystej radości. Ja nie nudziłam się nawet przez minutę, zaś już pierwsza scena, w których poznajemy dorosłego Starlorda zdobyła moje serce. Strażnicy Galaktyki to pierwszy film Marvela od bardzo, bardzo dawna, który szczyci się niewymuszonym humorem (zdecydowanie podnieśli jakość od czasów Thora 2). Dlaczego wspominam o tym na samym początku? Cóż, ponieważ Guardians of the galaxy to po pierwsze komedia - później zaś możemy przyznawać produkcji inne gatunki jak sci-fi czy action movie. Humoru jest mnóstwo i jest on najwyższej jakości, przede wszystkim dlatego, że Marvel nauczył się śmiać z samego siebie.

   Nie będę opisywać fabuły Strażników galaktyki, ponieważ nawet jeżeli jej nie znacie, to bardzo łatwo jej się domyślić: jest sobie pięcioro "zbirów", wspólnie uciekają z więzienia i ratują galaktykę. Nieważne, kto z kim się bije, ilu jest "tych złych" (a jest ich kilku) - twórcy nie skupiają się na tak "trywialnych" kwestiach jak fabuła. Można by uznać to za minus, trudno. Nacisku na fabułę po prostu nie ma. Ci, którzy czytają komiksy, bądź orientują się (choćby minimalnie) w uniwersum Marvela, rozwiną sobie istotne wątki. Pozostałym może brakować bardziej szczegółowego wprowadzenia do akcji. James Gunn postanowił zmienić parę faktów w swojej adaptacji komiksów, nie wszystko jest więc identyczne (patrz: śmierć matki Petera Quilla). Byłam bardzo zadowolona, że w końcu zobaczyliśmy Kolekcjonera (Benicio Del Toro - jest po prostu genialny) przez dłużej niż minutę, gdyż jest jedną z moich ulubionych postaci marvelowskiego uniwersum. Przyznam, że ciężko było powstrzymywać się od opowiadania całej historii tej postaci znajomym i w pewnym sensie nadal muszę się powstrzymywać, gdyż nie wszystko zostało powiedziane...

Do baru wchodzą: szop pracz, drzewo, zapaśnik, zielona laska i kobieciarz z wielkim ego...

     Strażnicy Galaktyki wyróżniają się naprawdę świetnymi postaciami: każda z nich ma mroczną przeszłość; swoisty bagaż, który ze sobą dźwiga - cięższy, bądź lżejszy - lecz ten fakt nie jest nam "wpychany do gardeł"; nie jest wymuszony. Wszyscy bohaterowie mają własne problemy, które ich ukształtowały lecz muszą się z nimi uporać - w końcu mają galaktykę do ocalenia. Gunn postanowił jednak nie dawać każdej postaci "pięciu minut" (takowe otrzymał jedynie Star Lord) - reżyser pozwolił nam poznawać postaci w trakcie seansu, co dało każdej postaci czas.
W Guardians of the Galaxy przeciętny, szary obywatel (tj. takowy, który nie jest serialomaniakiem czy filmoznawcą) jest w stanie rozpoznać chyba każdą z twarzy (na sali słyszałam również okrzyki: "patrz, Amy z Doctora Who! I Merle z Walking Dead!"). Obsada została dobrana rzeczywiście świetnie, każdy z aktorów pasował do swojej roli idealnie.
   Jako pierwszego "strażnika galaktyki" poznajemy Petera Quilla a.k.a Star Lorda, w którego postać wciela się Chris Pratt. Przyznam, iż od początku byłam przekonana, że Quill będzie kolejnym nudnym głównym bohaterem z tragiczną przeszłością... na szczęście okazało się, że byłam w błędzie. Star Lord zdobył moje serce już w pierwszej scenie (głównie swoim dobrym gustem muzycznym i umiejętnościami tanecznymi). 

Ścieżka dźwiękowa do filmu jest po prostu genialna od początku do końca. Cóż więcej mogę napisać?
   Jak już mówię o moich "przedseansowych rokowaniach", mogę również wspomnieć, iż od pierwszych zwiastunów byłam przekonana, że Groot zostanie moim ulubionym bohaterem. Coś jednak poszło nie tak (a raczej bardzo tak) i chodzący drzewiec zajął drugie miejsce na mojej liście favourite, na której góruje Rocket. Co oczywiście nie zabroniło mi łkać przez całą końcówkę filmu. Ciężko ociera się łzy z okularami 3D na nosie oj, ciężko. Rockett zdobył me serce, ponieważ po raz pierwszy w historii filmów o superbohaterach ratujących świat zauważa, że pewne schematyczne sceny są po prostu żałosne i śmieszne (scena ze wstawaniem, kto oglądał - ten wie).
  Należy przede wszystkim zaznaczyć, że gdyby nie genialny Bradley Cooper (Rocket) i zaskakująco dobry Vin Diesel (Groot) - obie postaci wypadłyby po prostu słabo. Odważę się powiedzieć, że mogłyby nawet nie istnieć. Głos zmienia rzeczywiście wszystko, obaj panowie zaś odwalili kawał dobrej roboty - szczególnie Diesel, który przez cały film nie powiedział nic innego niż I am Groot, jednak różnica tonu pozwoliła nam odgadnąć inne znaczenie za każdym razem. 
   Byłam szczerze zdumiona występem Dave'a Bautisty, który wcielił się w postać Draxa - wytatuowanego mięśniaka, niezdolnego do myśli o niczym poza zemstą za mord swej rodziny. Brzmi nieciekawie i rzeczywiście przeszłość bohatera nie jest oryginalna, jednak Gunnowi udało się umieścić 50% humoru w kwestiach tej właśnie postaci. Warto zaznaczyć, że Dave Bautista wcale nie jest aktorem per se, tylko zapaśnikiem a radzi sobie naprawdę dobrze: jego Drax jest naprawdę rzeczywisty, co tylko dowodzi o bardzo dobrym castingu. 



   
   Jak miło jest ujrzeć na ekranie "tę złą" postać, która jest rzeczywiście podła i okrutna do szpiku kości i nikt nie tłumaczy tego traumatycznym dzieciństwem, złamanym sercem, czy niekochającym rodzicem. Mówię oczywiście o Ronanie (Lee Pace) - czarnym charakterze, który jest skrzyżowaniem Papy Smerfa i Lorda Sith. Żarty, żartami, jednak Ronan jest mroczny, ślepy na rozsądne argumenty i za to jestem wdzięczna. Mam powoli dosyć "tych złych", którym dodaje się bolesną przeszłość, co niejako usprawiedliwia wszystkie krzywdy, jakie wyrządzili. Co, jeżeli jakaś postać jest po prostu zła? Tacy też się zdażają!
Lee Pace prezentuje się znakomicie: aż dziw, że jeszcze niedawno był Thranduilem. Aktor udowadnia, że jest w stanie wcielić się w każdą postać, z bladej linijki scenariusza stworzy arcydzieło i przy tym ani przez sekundę nie będzie sztuczny. 
   Było mi trochę żal, że Nebula nie dostała więcej czasu ekranowego. Postać miała rzeczywiście spory potencjał (głównie dlatego, że Karen Gillan sportretowała ją zadziwiająco udanie) i chętnie dowiedziałabym się czegoś więcej o niebieskiej siostrze Gomory. Nie jest to jedyna postać, którą pominięto, jednak zapowiedziano już Guardians of the Galaxy 2, możemy więc mieć nadzieję na uzupełnienie luk. 

No i jak tu nie kochać Groota?
   To film Marvela - po napisach jest dodatkowa scena!
3/4 sali wyszło z kina, choć postanowiłam głośno opowiadać swemu towarzyszowi: "Jeszcze nie idziemy, pamiętaj: to Marvel i jest scena po napisach" - inni albo mnie nie słyszeli albo nie słuchali. Pracownicy kina zaś patrzyli na ludzi, pozostających na miejscach z pretensją. Chyba nie podobało im się, że muszą dłużej czekać na zwrot okularów. Cóż.
   Szczerze powiedziawszy, to nie wyobrażam sobie Strażników Galaktyki z dubbingiem. Głosy Diesela i Coopera są zbyt istotne dla ich postaci, by to niszczyć językiem polskim. Przyznam, że sama starałam się nie zerkać na napisy, gdyż sporo linijek zostało opuszczonych - masa naprawdę zabawnych nawiązań nie została przetłumaczona, jednak pojawiły się pewne perełki, jak "Ty! Coś posiadł Andoriankę!", bądź "Znajduję cię debilem" (oczywiście by Drex). 

Taki smaczek dla nerdów.

   Na Guardians of the Galaxy widz przede wszystkim świetnie się bawi - o co przecież chodzi we wszystkich filmach o superbohaterach. Tego typu produkcje powinny być przepełnione dobrym, niewymuszonym humorem, ciekawymi postaciami i świetnymi efektami specjalnymi. GotG spełnia wszystkie te wymagania, dlatego według mnie jest najlepszym filmem Marvela ostatnich lat. Podczas seansu nie nudziłam się nawet przez moment, wybuchałam szczerym śmiechem i rzeczywiście się wzruszyłam (cóż mogę zrobić, osoby, które oglądały może się ze mną zgodzą, iż nie dało się nie płakać). Nie żałuję złotówek wydanych na bilet i gdybym mogła to chętnie wybrałabym się ponownie. Film ten jest zdecydowanie godny polecenia wszystkim fanom Marvela jak również po prostu fanom dobrej zabawy.
Jedno, co mogę powiedzieć po obejrzeniu Guardians of the Galaxy, to: 


PS. Chciałabym podzielić się z wami genialnym mixem, który po prostu definiuje soundtrack GOTG.

Komentarze

  1. Może trochę nie odnosi się moja myśl do samych "Strażników", ale bardzo podoba mi się to jak Marvel bawi się z widzem i łączy wszystkie swoje filmy. Albo przeplatają się gdzieś jakieś przedmioty, albo postaci, albo sceny po napisach są takimi teaserami kolejnych filmów. Jestem pod wrażeniem, jak te wszystkie filmy tworzą taką jedną całość, a la serial ;) A co do "Strażników" to chyba jeden z zabawniejszych filmów Marvela, ale muszę przyznać, że w moim odczuciu nie pobili "Avengersów".

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty