Na każdym blogu przychodzi czas na recenzję negatywną do bólu, czyli Beautiful Creatures


   Musiałam odczekać kilka dni po obejrzeniu tego filmu, gdyż obawiałam się, że tego samego dnia nie będę w stanie sformułować żadnej konstruktywnej krytyki. Niestety, obawiam się, że na niewiele się to zdało i wciąż przeżywam szok. 
Och, jakże zły to był film. Był to film słaby do tego stopnia, że w trakcie seansu musiałam robić kilka dodatkowych rzeczy, żeby wytrzymać do końca. Raz nawet zrobiłam przerwę lecz nie był to dobry pomysł, gdyż nie chciałam już później wrócić przed monitor. 




   Jest sobie uczeń szkoły średniej: zwykły, nieprzystojny młody mężczyzna; zabawny, czytający dobrą literaturę kandydat na studia. Wydawałby się interesującą postacią, bo ilu osiemnastolatków płci męskiej jest niepoprawnymi romantykami, zakochanymi w książkach...? Młodzian nie pragnie niczego innego, jak wyrwać się z dziury (miasteczka), w której żyje i rozpocząć studia w dużym mieście, może zostać pisarzem... do tego czasu musi jednak znieść swój nędzny żywot w mieścinie małej, pełnej domów bożych, gdzie jedyną rozrywką jest coroczna inscenizacja z Wojny Secesyjnej.
Cóż więcej więc zrobić powinno biedne, niepiękne szesnastoletnie dziewczę, które dopiero co przeprowadziło się do miasteczka (prawie tak małego jak moje), niż zakochać się w pełnym poczucia humoru, inteligentnym i oczytanym (głównie w książkach zakazanych przez chrześcijańską społeczność, co się ceni - w końcu buntownik smakuje najlepiej) romantyku, który śni o niej co noc? 
Aby było ciekawiej: szesnastoletnie - a raczej piętnastoletnie, gdyż urodziny ma w grudniu - mroczne dziewczę jest czarownicą obarczoną wiekową klątwą swej przodkini. Starożytne prawo głosi, iż w dniu szesnastych urodzin każdej czarownicy obudzi się jej prawdziwa natura - dobra lub zła - i weźmie w posiadanie niewinną (bądź całkiem niedobrą, fe) niewiastę, czy tego chce, czy nie. 
   Historia jak każda inna ostatnimi laty, z niewielkimi tylko poprawkami. Tym razem to niewiasta posiada nadnaturalne moce, zaś jej ukochany jest całkowicie normalnym nastolatkiem, lekko różniący się od reszty społeczeństwa, oczywiście. Niestety, od ekranizacji Zmierzchu fabuła filmów tego typu pozostaje taka sama: dwoje zakochanych nastolatków, zło na ich drodze (w tym wypadku klątwa), muszą się rozstać. Oczywiście dla wszystkich rozłąka wydaje się być najlepszym rozwiązaniem problemu. Cóż, nie dla młodych kochanków, bowiem jako jedyni nie są przekonani o słuszności decyzji o separacji i na pewno to właśnie młodzież ma rację. 

  Podchodziłam bardzo pozytywnie do postaci Ethana z wielką nadzieją na polubienie go. Gdyby jednak chłopiec nie był tak sztuczny w swojej miłości do literatury to moje uczucie pewnie by rozkwitło. Z książką widzimy go bez przerwy lecz jedynymi autorami, których zna i cytuje są Vonnegut i Bukowski. Alden Ehrenreich jednak nie jest złym aktorem, gdyż bywają momenty, w których porywa swoją charyzmą i  zaczynam czuć sympatię do czarującego Ethana. Te momenty jednak szybko mijają, gdy aktor otwiera usta i wypowiada swoje kwestie. Źli scenarzyści, źli.
   Lena również zapowiadała się obiecująco. Nieprzeciętna, lekko mroczna i bardzo niezrozumiana przez małomiasteczkową społeczność dziewczyna, która nie jest pięknością, co rzeczywiście jest miłą odmianą, bo czemu każda interesująca dziewczyna ma być powalająco piękna? Niestety, Lena okazuje się być również powalająco płytka i niezdecydowana. Ostatecznie wychodzi na to, że bohaterka osobowości nie posiada, ni krzty silnego charakteru. 



   W odnalezieniu tego filmu "pomógł mi" Jeremy Irons. Pamiętam, że przeczytałam fabułę, spojrzałam na obsadę i pomyślałam: gra tam Irons, ten film nie może być taki zły. Dlatego teraz po seansie, pytam: co tam robił Jeremy Irons?! Z tego, co pamiętam zawsze był szanowanym aktorem, gra wyśmienicie, jedyną plamą na jego nieskazitelnej liście ról była rola w Eragonie ale nawet wtedy postać Broma zadowalała, bowiem Irons ją sobie dopasował. Znam go jako aktora, który z każdą rolą - nieważne jak złą - potrafił coś zrobić. Choć nie mam nic do zarzucenia jego występowi w Beautiful Creatures, ponieważ technicznie było w porządku, zabrakło tego... czegoś. Irons nie poprawił filmu. Film pozostał tak samo nudny, tak samo nie wart odtworzenia.
   Jak widać na plakacie głównym w pozostałe role drugoplanowe wcielają się Emmy Rossum oraz Emma Thompson. Te dwie panie radzą sobie, jak mogą, biorąc pod uwagę okoliczności, mianowicie: puste postaci. Emmy Rossum jest idealna do roli nikczemnej femme fatale, zaś Emma Thompson udanie lawiruje pomiędzy Złem Wcielonym, a zagorzałą katoliczką. Są sceny z tymi właśnie paniami, które ogląda się z zaciekawieniem, może nawet z zaintrygowaniem lecz zwykle zwieńczone są kiepskim żartem, bądź żałosną sceną rodzinną.


   Oczekiwałam, że Beautiful Creatures okaże się swoistym guilty pleasure, bądź kolejnym filmem typu Zmierzch, który owszem: należy krytykować lecz ze śmiechem. Niestety, w Pięknych Istotach nie znalazłam żadnego żałośnie zabawnego aspektu, co uczyniło mój seans niezwykle nudnym. Również szczerze zdziwił mnie budżet filmu (60 milionów dolarów), bowiem efekty specjalne (a raczej ich brak) raziły na kilometr. Co prawda wymagała ich jedynie ostatnia partia filmu, jednak całkowity brak pomysłu, bądź inwencji twórczej kreatorów Beautiful Creatures utwierdzał mnie w przekonaniu, iż jest to słaba produkcja dla amerykańskich nastolatków XXI wieku, łaknących kiepskiego romansu na sobotni wieczór. 

I ostatecznie, choć "hejt" miał nie wyjść - wyszedł i tak. Niestety nie opanowałam techniki pisania negatywnych recenzji, w której nie mogę wymienić choć jednego, konkretnego pozytywu, musicie więc wybaczyć, jeżeli staram się naprawić to humorem. Postanowiłam, że lepiej jest śmiać się, niż płakać nad słabą produkcją - zmarszczki biegną wtedy w inną stronę.

Komentarze

  1. W tym filmie zawiedli przede wszystkim scenarzyści, którzy chyba przeczytali tylko jakieś krótkie streszczenie książki i napisali to coś, bo ogólnie książka nie jest zła (jednak co do postaci to książkowa Lena jest również dość płytka, za to Ethan jest zdecydowanie ciekawszą postacią, tak samo wujek Macon). Do tego gra aktorów wcielających się w głównych bohaterów strasznie boli, chyba chcieli pobić pannę Stewart i im to wyszło ;) Nie wiedziałam, że budżet filmu był aż tak wysoki. Na co poszły te wszystkie pieniądze?

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty