Pressing the replay button, czyli X-Men: Days of Future Past
Trzeba powiedzieć, że ten film wygrywa konkurs na najgorsze plakaty promujące ostatnich lat.
Jako osoba, której X-Men: First Class nie za bardzo przypadł do gustu, miałam nadzieję, iż kontynuacja zadowoli mnie bardziej. Z mieszanymi uczuciami naciskałam przycisk "play" i szczerze mówiąc owe uczucia towarzyszyły mi bez przerwy przez pierwszą godzinę seansu. Na szczęście gdzieś w połowie filmu zapomniałam o niepewności i zaczęłam się dobrze bawić. Jeśli chcecie czytać dalej to zapraszam do bezspoilerowej recenzji.
I am so (not) sorry
Przez wszystkie filmy o X-menach Magneto był negatywną postacią; bohaterem, który się mylił, nie tym, który stał po tej odpowiedniej stronie (stronie dobra, oczywiście). Każdy głupi może jednak zauważyć, że Erik we wszystkich poprzednich ekranizacjach miał swoje racje. Nie ukrywam, że moja postawa to "pro-mutanci" lecz ludzie w uniwersum X-Menów to głównie podłe kreatury, które wykorzystają każdy pretekst, by zaatakować i wymordować mutantów. Magneto zdaje sobie z tego sprawę i usiłuje jedynie uratować osoby mu podobne, ochronić ich przed Tymi Złymi... STOP. Kto teraz jest Tym Złym, ponieważ nieco się zagubiłam?
No właśnie. W Days of future past nic nie jest czarno-białe i możemy wybrać, po której stronie stoimy. Możemy kłócić się o to, kto ma rację: czy prawdziwym wrogiem jest Magneto, który chce zamordować wszystkich, którzy zagrożą mutantom, czy może ludzie, którzy wynaleźli śmiercionośną broń, mającą na celu unicestwić każdego, który się od nich różni? Możemy powiedzieć, że Erik rozumie jak to jest być prześladowanym z powodu swoich zdolności, Xavier zaś miał w życiu "dobrze": wychowany w pałacu, w obrzydliwie bogatej rodzinie, od dzieciństwa posiadający przyjaciółkę, która również była mutantem... można by uznać, że nacierpiał się trochę mniej, niż pozostali i ludzie nie uczynili mu tyle zła, przez co nie ma powodu, by ich nienawidzić.
I w tym właśnie momencie pojawia się wyzwanie dla aktorów, odgrywających główne role. Mamy bowiem Iana McKellena i Michaela Fassbendera w roli Magneto oraz Patricka Stewarta i Jamesa McAvoya w roli Profesora X. Cała czwórka nie tylko ma za zadanie ukazać konflikt postaci autentycznie lecz muszą udowodnić, że są rzeczywiście sobą z młodszych lat. Michael Fassbender jako Erik jest znakomity, ani przez chwilę nie spojrzałam na niego inaczej, niż na Magneto i to nie przez jego ulubiony, przesadzony kostium. Cierpiący McAvoy to zaś coś, co lubię, gdyż rola młodego Xaviera wyszła mu świetnie. Dobrze jest spojrzeć na Profesora X, który przez wszystkie części X-Menów był nauczycielem, mentorem, zaś teraz jest zagubiony, niepewny siebie oraz swoich mocy i przy okazji nafaszerowany dragami.
Days of the future past w pewien sposób "naprawia" wydarzenia z poprzednich części i czyni je takimi, jakie miały być. Ostatecznie w fabule nowego filmu o X-Menach jest wiele dziur, gdy się nad tym zastanowić ale moim zdaniem twórcy nie mogli wymyślić lepszego obrotu wydarzeń i rozwiązania na problemy, jakie wystąpiły. Ujęłam to w bardzo tajemniczy sposób, gdyż nie chcę nikomu psuć zabawy spoilerami. Oglądający będą wiedzieli, jakie dziury w fabule mam na myśli.
Evan Peters ponownie zdobył me serce.
Jeśli chodzi o pozostałe postaci, które nigdy wcześniej nie pojawiły się w X-Menach... cóż, było to bardzo "komiksowe" podejście, bowiem każdy, kto kiedykolwiek czytał komiks wie, że nie zawsze wszystko było przejrzyście jasne jeśli chodzi o nowych bohaterów i często poznawaliśmy ich dopiero po paru volumach.
Największym zawodem Days of future past była chyba postać Traska - Złego, którego wszyscy uznają za drania, w którego wciela się Peter Dinklage. Aktor robi wszystko, co może i wychodzi mu to bardzo dobrze, biorąc pod uwagę brak fundamentów tego bohatera. Dinklage jest człowiekiem, który ma prawdziwy talent lecz Traskowi po prostu brak linijek w scenariuszu. Gdzie są jego motywacje, jaką ma przeszłość, co sprawiło, że jest takim dupkiem a może po prostu się taki urodził? Widzowie dostają po prostu gotową postać, ukazaną jak swego rodzaju bohater w tle. Uważam, że można przedstawić tak postać nieistotną lecz Trask jest przecież mózgiem operacji Sentinels. Nie powinno się marnować tak dobrego aktora jak Dinklage.
Nie mogę zbyt wiele napisać o efektach specjalnych, gdyż nie widziałam filmu w 3D. Tym, o czym należy wspomnieć są umiejętności, którymi mutanci po prostu się popisują, zaś graficy wykorzystują to idealnie. W drugiej połowie filmu bawiłam się najlepiej, gdyż akcja stała się dynamiczna, co było wielką zasługą właśnie efektów specjalnych.
"This football stadium is not my son, but I will raise it."
Magneto, propably at some point
Pod koniec chciałam jeszcze poruszyć jedną bardzo istotną kwestię, mianowicie... JAK DOBRZE, ŻE WOLVERINE WRÓCIŁ DO SIEBIE I WSZYSCY ZAPOMNIELI O TYCH TRZECH OBRZYDLIWYCH FILMACH. Wolverine, którego wszyscy znali i kochali w pierwszych ekranizacjach X-Menów powrócił. Dziękujmy Hugh Jackmanowi, który odkrył swego wewnętrznego Logana raz jeszcze, gdyż jest najczęściej pojawiającą się postacią w Days of future past i gdyby nie jego powrót do korzeni, seans mógłby okazać się udręką.
To była taka mała, cenna uwaga, którą po prostu musiałam się podzielić. Dziękuję za uwagę, oto prezent:







Komentarze
Prześlij komentarz