Game of Thrones - Two Swords, czyli przygodę z nową serią Gry o Tron czas rozpocząć!

   Jestem wielkim fanem Gry o Tron - zarówno serialu jak i powieści. Moja przygoda z Siedmioma Królestwami rozpoczęła się dzięki serialowi, zaczęłam bowiem oglądać pierwszą serię jeszcze w trakcie jej emisji. Zakochałam się w niesamowitej atmosferze, którą posiada pierwszy sezon Gry o Tron, w muzyce, postaciach i naprawdę dobrym aktorstwie. Zaraz po ukończeniu pierwszego sezonu zabrałam się za książki i - choć miejscami było ciężko - ukończyłam wszystkie. 
   Pomyślałam więc, że jako wielbiciel tego serialu i uniwersum, stworzonego przez Georga R. R. Martina powinnam napisać coś na blogu, gdy wychodzi pierwszy - tak długo przeze mnie wyczekiwany - odcinek nowej serii. 

   Nie będę streszczać nikomu, co działo się w poprzednich seriach, ponieważ jest tego za dużo. Dlatego z przykrością muszę oświadczyć, że jest to post dla ludzi zaznajomionych z Grą o Tron (zaznaczam: serialem, nie będę nikomu niszczyć i spoilerować przyjemności z czytania powieści), również zawierający spoilery do pierwszego epizodu serii czwartej. Z pewnością pojawi się na moim blogu wpis o Grze o Tron (prawdopodobnie jeden wpis na trzy serie), więc całe moje uczucie do tej serii zostanie opisane tam. Zaczynamy!

The Iron Throne appreciation picture. 
Chociaż Żelazny Tron powinien wyglądać tak lecz teraz po prostu się czepiam.


   Stało się! Krwawe Gody zakończyły naszą przygodę z Królem Północy i zarazem trzecią serię Gry o Tron, choć wszyscy fani byli przekonani, iż serię zakończy ślub Joffreya. Król Robb zginął wraz ze swą rodziną i wojskiem w bardzo patetyczny sposób (szczególnie Catelyn - matka Robba oraz jego ciężarna żona), zamordowany przez lorda Boltona oraz zdradzony przez lorda Frey, który złamał święte prawo gospodarz/gość i jak na razie gniew bogów zdaje się go omijać. 

   Śliczna Sansa rozpacza po utracie kolejnych członków rodziny, Królewska Przystań raduje się, przekonana iż wojna dobiegła końca, zaś Joffrey pozostaje takim dupkiem, jakim był wcześniej. Nikogo nie dziwi już, że można nienawidzić kilkunastoletniego gówniarza bardziej niż wszystkich gwałcicieli, morderców i złodziei, którzy kiedykolwiek wystąpili w Grze o Tron. Młode i jurne dziecko niedługo pójdzie do ołtarza z uroczą wdową po jednym z jego największych wrogów - Renly'm Baratheonie. Młode dziewczę jest piękne i dostosowuje się do woli króla Westeros, jednak jej największym asem, który ma szansę na doprowadzenie ją do władzy jest jedna z najbardziej zajebistych babci, jakie kiedykolwiek stąpały po ziemiach Westeros. 

   To prawda: Olenna Tyrell jest kolejną z postaci, które niezwykle przypadły mi do gustu. Niezwykle inteligentna, starsza już kobieta, która doskonale nadaje się na królewski dwór, gdyż dogłębnie zna postępowanie dworzan i możnych, co czyni ją świetną manipulatorką. Olenna używa swego sprytu i doświadczenia, by posadzić córkę na tronie Westeros. Trzeba przyznać, że jest chyba jedną z niewielu postaci w tym serialu, które są w stanie osiągnąć sukces w swoich dążeniach. Oczywiście przy tym Olenna posługuje się niezwykłą ilością sarkazmu i włada komiczną ironią niczym mieczem, co wzbudza we mnie niezwykłą sympatię, w przeciwieństwie do jej wnuczki, która w swojej serialowej postaci jest mi całkowicie obojętna. 

Z niecierpliwością wyczekuję wesela Joffreya i Margaery.



Jak odmówić swemu Panu Ojcu, lordowi Casterly Rock i Namiestnikowi króla oraz przy okazji najpotężniejszemu człowiekowi w Westeros: radzi Jaime Lannister. 
Bardzo istotna scena, jak przez minutę dwóch mężczyzn mówi "no". Prawie jak Monty Python.
   Jaime Lannister powrócił z niewoli brudny, śmierdzący i bez ręki, za to zyskał dwie ważne rzeczy: przyjaciółkę oraz rozum. Królobójca zaprzyjaźnił się z Brienne z Tarthu, ku zdziwieniu całego królestwa i rozczarowaniu swej ukochanej siostry, zaś ciężka podróż do stolicy nauczyła go myśleć za siebie i dostrzegać świat dookoła - szczególnie rodzinę - takimi, jakimi naprawdę są oraz jaką krzywdę wyrządzają innym w imię Lannisterów. Jaime widzi, że ród Lannisterów został splugawiony oraz jego rodzina nie ma za grosz godności, którą powinien posiadać każdy z wielkich rodów. Choć sam zapewnia, że stracił honor w momencie zamordowania króla, któremu służył - Jaime okazuje się jako jedyny ze swego rodu - posiadać godność (nie zapominam o Tyrionie, którego godność jednak jest kwestią sporną).
   Jako osoba posiadająca duszę fangirl muszę coś wyznać: przez dwa sezony Jaime Lannister nie wydawał mi się atrakcyjny. Podczas, gdy mnóstwo fanek wzdychało do tego "wspaniałego mężczyzny" - na mnie nie robił wrażenia. Dopiero gdy stracił rękę i zaczął chodzić umorusany błotem, plując sarkazmem i kpiną na prawo i lewo poczułam do niego nieopisaną sympatię i jakikolwiek pociąg. Jaime Lannister stał się mężczyzną dopiero, gdy utracił prawą kończynę i rozpoczął logiczne myślenie. To prawdopodobnie wina jego kpiącego spojrzenia, które już wcześniej pojawiało się na jego twarzy, jednak nigdy z dodatkiem w postaci faktycznego zrozumienia, jaka jego rodzina jest naprawdę, szczególnie jaki rzeczywiście jest jego ojciec i syn


Gify dzisiejszego wpisu dedykuję Ogarowi, który jest moim Słońcem i Gwiazdami Gry o Tron.

   Najmłodsze dziecko Starków - Arya - była świadkiem jakże okrutnego morderstwa rodziny, jednak została uratowana/porwana przez Sandora Clegane - "Ogara", z którym nadal podróżuje. Ogar prowadzi dziewczynkę do jej ciotki - siostry Catelyn, pani Orlego Gniazda w celu wyłudzenia złota za "zakładniczkę". Dla przypomnienia: wcześniej Rycerz porzucił Joffreya i uciekł z Królewskiej Przystani w trakcie oblężenia, gdy zatokę rozjaśnił dziki ogień. Ogary nie lubią nawet żaru ognisk, więc gdy widzą niepohamowany płomień biorą konia i rzucają wszystko w diabły. 
   Na pewno widać po genialnych gifach, które dekorują dzisiejszy wpis, iż jestem wielką wielbicielką Sandora Clegane. Zapałałam do niego sympatią już od pierwszych ogarowych minut na ekranie i tak zostało. "Nowy" Sandor, wolny zabójca z dwuręcznym mieczem, ratujący małe dziewczynki (nikt mi nie powie, że nie usiłował ratować Sansy i nie ocalił tyłka Aryi) z wielkim sercem i okrutnym dzieciństwem. Czego tu nie kochać? 
   Z niecierpliwością wyczekuję więcej scen z Aryą oraz Clegane'm i mam szczerą nadzieję, że akcja nie będzie stała w miejscu (jak w przypadku sezonu drugiego) i dostaniemy soczyste sceny z powieści (nie mogłam sobie odpuścić wspomnieć o książce przynajmniej raz jako osoba, która powieść przeczytała).

A perfect pair made in hell.

   Nastąpiła spora zmiana w obsadzie nowej serii. No dobra, zmiana zdaje się być niewielka, jednak dotyczy zamiany aktora, wcielającego się w postać, którą darzę głębokim uczuciem (chciałabym zaznaczyć, że nie wszystkie postaci Gry o Tron są moimi ulubionymi, właściwie zgrzytam zębami na 3/4 bohaterów, jednak nie pojawili się w dzisiejszym odcinku), mianowicie Daaro Naharis - dowódca kompanii najemników, świetny wojownik i wspaniały kochanek (ekhm, tak słyszałam), od trzeciego sezonu towarzyszący Daenerys - Matce Smoków. W trzeciej serii w jego postać wcielił się Ed Skrein, który był dla mnie zdziwieniem, gdyż spodziewałam się Daaria bardziej zbliżonego do swego książkowego odpowiednika (wojownik o niebieskich włosach i kolorowych wąsach, mam was!), dostaliśmy zaś długowłosego przystojniaka ze świetną kwadratową szczęką i wystającym podbródkiem gładkim niczym pośladek niemowlęcia. 
   Nowy Daario - portretowany przez duńskiego aktora Michiela Huismana - jest kolejną kompletnie odmienną wizją Naharisa. Nie zdołałam wyrobić sobie opinii w kwestii, czy Huisman jest przystojny, czy nie lecz jak na razie nie jestem zachwycona wyborem twórców serialu. Daario Naharis powinien się wyróżniać z tłumu wojowników. Jest zarozumiały, niesamowicie pewny siebie i swojego seksapilu, do tego jest świetnym wojownikiem i szpiegiem, lojalnym swej królowej. Wersja Michiela Huismana nie wyróżnia się niczym od przeciętnego rycerza, co dosyć mocno mnie zawiodło. Ten Daario prędzej nadaje się na księcia z bajki, niż na szczwanego najemnika.

Kwiatki od Daaria? Matka Smoków czy nie, to dziewczę jest już stracone.
See? Told ya.
A myślałam, że po khalu Drogo takie sztuczki już nie zadziałają...
  Już prawie koniec notki a tu jeszcze ani słowa o Tyrionie, moim ulubionym krasnalu! Cóż można rzec, karzeł jako jeden z niewielu myślących istot w Królewskiej Przystani stara się zapobiec rozlewowi krwii (szczególnie własnej) oraz utrzymać dobre stosunki ze swą nałożnicą oraz przekonać do siebie Sansę, która niedawno stała się jego żoną. Rozumiem Sansę i jej nieufność do wszystkich lwów, jednak jakiś głosik w mojej głowie krzyczy, żeby otworzyła oczy i zobaczyła, jakiego faceta ma przed sobą i zaufała mu. Ach, te wieczne intrygi... 
Niestety, na mój gust scen z Tyrionem było zbyt mało, jednak nie można zmieścić wszystkiego w jednym odcinku, prawda?



Podsumowując pierwszy epizod czwartego sezonu muszę powiedzieć, że niewiele wniósł do akcji. Podejrzewam, że był to jedynie odcinek wprowadzający nową serię i prawdziwa akcja rozpocznie się za tydzień - są to jednak moje nadzieje, które mogą zostać łatwo strzaskane za siedem dni.


PS. Z cyklu "emocjonalne wyznania": Tęsknię za Petyrem Baelishem.
PPS. Prawie się rozpłakałam na scenie przetapiania Nedowego miecza. Lord Stark pozostanie moim ulubionym bohaterem GoT na zawsze *weep weep*.

Komentarze

Popularne posty