The Internship, czyli Google wymarzonym pracodawcą

Chciałabym rozpocząć post wielkimi przeprosinami za tak długą nieobecność, jednak przeżywałam pierwszą sesję w moim życiu i było ciężko. Na dodatek dwa tygodnie temu wróciła zmora mojego życia, mianowicie migrena, która jest najgorszą rzeczą, jaka może przytrafić się człowiekowi, dlatego jestem otumaniona lekami, za które zapłaciłam fortunę = spłukana i nieszczęśliwa. Jeżeli blog nie jest miejscem, w którym mogę się wyżalić, to nie wiem, gdzie takowe miejsce istnieje. Jak coś to możecie mnie pozwać za bycie żałosną, już przechodzę do sedna notki.

   Przyznaję się: obejrzałam Teen Wolf. Wszystkie sezony. Na okres sesji potrzebowałam jakiegoś "odmóżdżacza", zaś ten serial okazał się idealnym rozwiązaniem na mój problem i perfidnym guilty pleasure. Recenzja pojawi się niedługo, jak tylko skończy się moje obrzydliwe lenistwo, czyli prawdopodobnie jutro (taki mam plan). W Teen Wolf gra szczególny młodzian, mianowicie Dylan O'Brien, który całkowicie mnie oczarował swym urokiem, dlatego postanowiłam ogłosić go Największym Słodziakiem Miesiąca i obejrzałam każdą produkcję, w której zagrał. Nie było ich wiele, niestety, lecz jedną z nich są właśnie Stażyści.


   Billy i Nick są sprzedawcami zegarków w średnim wieku. Należy od razu wspomnieć, że od początku do końca filmu nie wiemy o bohaterach praktycznie nic; jedynie to, że nie są wielkimi "zwycięzcami" w życiu. Pewnego dnia dowiadują się od osoby trzeciej, że firma, w której pracowali splajtowała. Tak oto nasi bohaterowie zostają bez pracy, obarczeni zdolnością kredytową na minusie. Nie wiedząc nic innego poza wciskaniem innym ludziom różnego rodzaju produktów, lekko staroświeccy przyjaciele nie mają co zrobić ze swoim życiem. Gdzie bowiem można pracować w tych czasach bez znajomości obsługi komputerów? Billy wpadł więc na pomysł i zapisał obu kurs stażystów w Google. I - o dziwo - zostali nań przyjęci.


   Stażystów nie powinno się traktować na poważnie, a już na pewno nie kwestię przyjęcia dwojga dorosłych mężczyzn, studiujących przez internet i nie posiadających bladego pojęcia o -przykładowo- używaniu kamery internetowej do firmy z branży internetowej. Ja jednak postanowiłam podejść do tej kwestii z dystansem, ponieważ wierzę, że w Stażystach nie chodziło o tego typu szczegóły lecz przesłanie.
   No właśnie: jakie przesłanie może mieć film o dwóch nieporadnych w kwestii komputerów sprzedawcach, w których wcielają się dwaj najpopularniejsi aktorzy komediowi w Ameryce? Jak już wspomniałam wcześniej: Billy i Nick to normalni mężczyźni w średnim wieku, nie mający bladego pojęcia o tym, kim jest Charles Xavier lub co to jest Instagram. Nazwałam ich normalnymi lecz jest to pojęcie względne, gdyż dla niektórych (czasem większości) czterdziesto lub piędziesięciolatków to właśnie jest codzienność. Większość rodziców nie ma bladego pojęcia o World of Warcraft i Star Treku. Takimi właśnie ludźmi są bohaterowie Stażystów.



   Tacy więc mężczyźni lądują w konkursie na pracowników Google, gdyż tym właśnie jest program dla stażystów w The Internship: grupowym konkursem. Jako, że panowie okazują się dość niepopularni wśród 21-latków - lądują w grupie wyrzutków, składającej się ze stłamszonego przez matkę młodego geniusza, aspołecznego okularnika, który nie wychyla nosa znad telefonu oraz zboczonej wielkiej fanki cosplayu i hentaiów + dodatkowo z naczelnym geekiem i wielkim fanem Star Wars jako przewodniczącym. Jak można się domyślić: drużyna początkowo nie jest drużyną zgraną, wszyscy członkowie (oprócz naszych dorosłych bohaterów) są negatywnie nastawieni do projektu lecz z czasem i z pomocą Billy'ego oraz Nicka zaprzyjaźniają się i stawiają czoła wyzwaniom. Brzmi jak bardzo amerykański, motywujący film? To właśnie jest The Internship.
   Powiedzmy sobie szczerze: The Stażyści to przede wszystkim wielka reklama Google. Czy to źle? Niekoniecznie. Czasem znaczek Google po prostu razi w oczy lecz w owym reklamowaniu nie chodziło o wciskanie produktu widzom - raczej o rozpowszechnienie przyjaznej atmosfery, która rzekomo panuje wśród pracowników tej firmy. Rzekomo, gdyż właściwie nie wiemy jak jest naprawdę. The Internship przedstawia Google jako środowisko przyjazne dziwnym ludziom, pozornym wyrzutkom społecznym, geekom, graczom i maniakom komputerowym oraz niezręcznym towarzysko fanom Star Wars, czy X-Menów. I tu wracamy do przesłania filmu, gdyż dwaj całkowicie normalni mężczyźni w wieku - prawdopodobnie - 35-40 lat ląduje w takim środowisku i początkowo są całkowicie nie na miejscu. Jednak okazuje się, że wszystkie te pozorne różnice nie są ważne i liczy się jedynie to, czy jesteś przyjaźnie nastawionym człowiekiem i chcesz zrobić coś wspólnie, uprzedzenia zostają odepchnięte na bok. Okazuje się, że dziwni ludzie, maniacy komputerowi i aspołeczni studenci są w stanie dogadać się z przeciętnym Johnem Doe i - o dziwo - mogą się polubić a nawet zaprzyjaźnić. The Internship przedstawia dziwaków jako ludzi i swoiście usuwa problem inności pomiędzy komputerowcami a resztą ludzi. Wszyscy jesteśmy tacy sami, różnimy się zainteresowaniami ale co z tego? 
   Muszę przyznać, że pomimo całego reklamowania się Google jako ostoję, dom przyjazny geekom i outcastom mnie się to po prostu spodobało. Może jest to przekłamane, może jest to przesadzona reklama lecz ja to kupuję, bowiem podoba mi się idea miejsca, w którym dziwacy mogą być sobą (tumblr), pracują wspólnie i jeszcze dostają za to pieniądze. Ja sama chciałabym pracować w takim środowisku i zwracam uwagę na wspaniały googlowy kampus, w którym jestem wręcz zakochana. 


Mam wrażenie, że Stuart mówi za mnie.

   Urocze przesłania i wspaniałe amerykańskie ideały o równości na bok... należałoby wspomnieć trochę o grze aktorskiej i bohaterach. Niestety, chciałabym powiedzieć coś dobrego ale w tej kwestii The Internship nie popisuje się dostatecznie. Nie jestem fanką Vince'a Vaughna ani Owena Wilsona (tego pana akurat lubię w kilku filmach), nie mogę więc powiedzieć, że zachwycili mnie swym aktorstwem, zaś wszystkie postaci są po prostu nierozpisane. Nie wiemy praktycznie nic o żadnym z bohaterów, najwięcej wiadomo chyba o chłopaku imieniem Yo-Yo, który całe życie spędził ze swoją rodzicielką. I choć mój faworyt - Dylan O'Brien był po prostu uroczy - jak zwykle - aktorzy po prostu nie mieli miejsca na żadne popisy, gdyż najwyraźniej nie uwzględniono tego w scenariuszu.
   Na co był czas w scenariuszu to oczywiście denna scena w klubie striptizowym, których po prostu nie znoszę. Nienawidzę tych scen w amerykańskich klubach; scen, które odmieniają wszystko, ponieważ to, co najlepsze zawsze dzieje się w klubie ze striptizem. Bohaterowie upijają się i nagle wszyscy dogadują się lepiej, klepiąc tancerki po tyłkach. Jest to punkt kulminacyjny 50% filmów amerykańskiej produkcji i bardzo przepraszam, but I'm out, to mnie przerasta.
   Podsumowując cały film: nie jest to ambitne kino, nie jest to również film bardzo dobry. The Internship to film, który oglądamy, gdy nie mamy co robić, bądź akurat leci w telewizji. Humor nie jest wymuszony, żarty nawiązujące do geekowej kultury sprawiły, że nieraz wybuchłam śmiechem lecz to wszystko, co można powiedzieć o Stażystach. Przyjemnie się ogląda, często wywołuje uśmiech, dlatego jednak warto znaleźć czas w swoim kalendarzu i odpalić Stażystów, chociażby dla samego uroku Dylana O'Brien (teraz już przesadzam, wiem, dlatego zamierzam się wylogować).

Na koniec uroczy Dylan na poprawę humoru.
PS. Dzisiejszy wpis może być trochę inny niż wszystkie, to zaś spowodowane jest mą długą nieobecnością na blogu. Muszę znów przyzwyczaić się do kulturalnego stukania w klawiaturę. 
May the odds be ever in your favor.

Komentarze

Popularne posty