The Time of the Doctor, czyli: żegnaj, Jedenasty

   Stało się. Nadszedł 25 grudzień, 1 święto w naszym wspaniałym kraju... dzień, w którym wychodzi świąteczny odcinek Doctora Who. Yuzu z jednej strony nie mogła się doczekać, by obejrzeć to cudo, z drugiej zaś jednak podchodziła do niego z lekką obawą. Obawą o to, że zatonie w morzu uczuć, morzu łez i zacznie rozpaczać nad odejściem Matta Smitha, zaś czynić to będzie przez wiele, wiele dni... 
...i prawdopodobnie tak będzie. Jednak nowy odcinek Doctora Who podarował Yuzu tak wiele emocji - skrajnych emocji - mianowicie radość, smutek, skrajną rozpacz i żal, wybuchy śmiechu... Yuzu uświadomiła sobie, że jej przygoda z tym brytyjskim serialem nie jest jednak trywialna, jak większość "normalnych" ludzi może twierdzić. Yuzulowa przygoda z Doctorem Who jest w stanie przynieść jej wiele wrażeń. Serial ten jest bowiem bardzo ważny w życiu Yuzu, która wcale się tego nie wstydzi. Jak można bowiem wstydzić się czegoś, co przynosi tyle radości?


Yuzu usiłowała odłożyć oglądanie nowego odcinka DW z obawy o ból rozłąki z Mattem Smithem, jednak Capaldi powiedział jej coś takiego.
   Ten wpis będzie zawierał Yuzulowe wrażenia z nowego odcinka Doktora Who i będzie to wpis pełen spoilerów, dlatego więc uprzedzam o tym zawczasu z obawy o tych, którzy nowego epizodu jeszcze nie oglądali.



   Nie było na tym blogu wpisu o wrażeniach z odcinka pt. The Day of the Doctor, co jest wielką hańbą. Jak jednak wszyscy wiedzą... Gallifrey stands. Wspaniałe wieści, wszyscy Whovianie cieszyli się i radowali, urządzano przyjęcia, wznoszono toasty... a potem nadszedł The Time of the Doctor - zmierzch dla Whovian. Tegoroczna świąteczna atmosfera już nie cieszy i choć pociesza nas fakt, iż Capaldi zapowiada się na świetnego Doktora - nadal będziemy tęsknić za Smithem i nikt nic na to nie poradzi. Na Święta Whovianie dostali po prostu wielkie niebieskie pudełko uczuć (a big blue box of FEELS).
   Trzeba jednak przyznać, iż Yuzu bawiła się świetnie, oglądając nowy odcinek. Moffat postarał się o epizod pełen wrażeń; mogliśmy ujrzeć Daleków, Cybermanów, Kościół Papal Mainframe, Płaczące Anioły (nadal tak przerażające jak zwykle), Sontaran, Terileptil i oczywiście... Ciszę. Moffat odpowiada na wiele pytań, zadanych w większości w sezonie szóstym, za którym Yuzu nie przepada aż tak jak za pozostałymi, mianowicie: "Jakie jest pierwsze pytanie" i "Dlaczego pierwsze pytanie było pierwszym pytaniem" oraz dlaczego "Cisza zapadnie". Jednak zacznijmy od początku. 
   Po tym jak Doktor został oszukany przez Kościół Papal Mainframe, by wyruszyć do Trenzalore, utknął w magicznym miasteczku zwanym "Christmas", gdzie odkrył taką samą szczelinę czasową, jaka istniała przed "Wielkim wybuchem" (który wywołał sam Raggedy-man). Ze szczeliny nadal słychać to samo odwieczne pytanie, tym razem zadane jednak przez zagubionych mieszkańców Gallifrey. Pytanie brzmi oczywiście: "Doctor who?"
   Niestety, Doktor nie może uratować swoich rodaków, gdyż wszyscy ich odwieczni wrogowie zjawili się w Christmas, by zaatakować. Oznaczałoby to ciąg dalszy wojny, którą Doktor zakończył, wysadzając Gallifrey, oraz śmierć wielu, wielu ludzi.
  Musicie przyznać, iż takowe otoczenie jest idealne na pożegnanie Jedenastego Doktora. Raggedy Man postanawia bowiem odesłać Clarę i żyje trzysta lat pośród mieszkańców Christmas, pokonując okazjonalnych wrogów w obronie miasteczka. Jedenasty całkowicie poświęca się dla niewinnych, jest to bowiem jego ostatnie wcielenie - z czego zdaje sobie sprawę. Doktor - w swoich ostatnich latach życia - chce ocalić tak wielu ludzi, ilu zdoła. Całkowicie pogodził się ze swoją nieuchronną śmiercią i usiłuje odpokutować za zło, jakie wyrządził. 
   Oczywiście tym, co ostatecznie ratuje Doktora przed śmiercią (przed Dalekami ratuje się bowiem sam) jest miłość jego towarzyszki. Żaden doktorowy kompanion nie jest bowiem w stanie zostawić go na pastwę losu, nieprawdaż? Nadchodzi więc wielkie BUM, kolejna złota regeneracja i... Peter Capaldi.



   Yuzu płakała już, gdy ujrzała postarzałego Jedenastego. Kontynuowała tę czynność do czasu, gdy ten wychodził na spotkanie Dalekom, jednak kiedy przyszło co do czego i nadeszła regeneracja... cóż, myślę że każdy fan Jedenastego Doktora wie, co przeżywałam. Ciosem prosto w serce było pojawienie się Amy Pond. Cieszę się, że Moffat postanowił wpisać do scenariusza tę postać, gdyż tak naprawdę to właśnie Amelia była towarzyszką Jedenastego. I chociaż Clara stała zaraz obok (niektórzy mogliby uznać, iż została zignorowana, nie o to jednak chodziło), w swoich ostatnich sekundach Raggedy man ujrzał właśnie Amy Pond - Dziewczynkę, która Czekała. Tę, od której rozpoczęła się kwestia szczelin czasowych i pierwszą twarz, którą ujrzał Jedenasty. 
   Yuzu może otwarcie powiedzieć, że czuła się, jakby żegnała dobrego przyjaciela... tak zwykle bywa, gdy umiera ulubiony bohater książki, filmu, czy serialu i tak też było z Jedenastym. Będąc fanem Doctora Who należy się jednak przyzwyczaić do straty ale Yuzu swoją przygodę z Doktorem zaczynała od Jedenastego, dlatego był on dla niej szczególnym doktorowym wcieleniem. Co prawda o wiele większym uczuciem darzy Dziesiątego, Matt Smith jednak jest zaraz na drugim miejscu jako Szalony i Wymarzony zmyślony przyjaciel z dzieciństwa.


 

   Na szczęście stratę rekompensuje nam pojawienie się Petera Capaldi - Dwunastego (a może Trzynastego?) Doktora, który nie lubi koloru swoich nerek i nie wie, jak prowadzić Tardis. Jak na razie tyle o nim wiemy, Yuzu jednak polubiła go od razu, prawdopodobnie ze względu na jego zdziwienie na widok Clary (mina Dwunastego była identyczna, co wyraz twarzy Clary - niewysłowione zdumienie i brak zrozumienia typu: what the fuck is going on?). 
   Yuzu wie, że za Capaldim również będzie płakać. Doctor Who jest po prostu takim serialem, który wyciska z ludzi łzy, Moffat zaś nie odczuwa ni krzty skruchy z tego powodu. Ileż łez Yuzu wylała już przez ten serial...! Ale czy nie o to właśnie chodzi? Dla każdego Whovianina Doktor Who to wielka przygoda pełna emocji, "wyznacznik brytyjskości" a przede wszystkim coś stałego, bowiem serial ma już 50 lat i możliwe, że za następne 50 lat będzie obchodził setną rocznicę i szesnasty sezon (Sherlock może wtedy dojdzie do piątego sezonu, hue hue). 
   Jedenasty, będziemy tęsknić.
   Matt, będziemy tęsknić. 



PS. Dlaczego Capaldi nie umie prowadzić Tardis?!!!

Komentarze

Popularne posty