...but then everything changed, when the Fire Nation attacked, czyli Avatar - the last Airbender


   Zadziwiające, że jest to pierwszy wpis o serialu animowanym, który nie jest animacją japońską. Yuzu bowiem ogląda sporo anime, pochłania również tony mang, dlatego oczywistym dla niej było, iż w końcu napisze tu o anime, by podzielić się japońską kulturą ze wszystkimi czytającymi i nie tylko. Cóż, najwyraźniej czas na to nie nadszedł ale nie obawiajcie się! Już niedługo przemienię się w szaloną fangirl, by napisać o mej miłości do niejednego japońskiego serialu animowanego, tudzież "chińskiej bajki", bowiem sporo ludzi zna anime właśnie z tej nazwy. Dziś jednak nie o tym lecz o serialu, o którego istnieniu zawsze wiedziałam, jednak byłam przekonana, że jest to jakaś denna amerykańska produkcja, usiłująca naśladować japońską kulturę. Muszę przyznać, moi drodzy, iż zdziwiłam się niezwykle i zwracam honor twórcom, serię pochłonęłam bowiem w trzy dni. Jestem no-life'm.
  

   Historia Avatara dzieje się w fantastycznym świecie, podzielonym na 4 narody - Plemię Wody, Naród Ognia, Królestwo Ziemi oraz Nomadów Powietrza (biedaki nie są ani królestwem ani plemieniem za bardzo, nie wiadomo, gdzie ich zaszufladkować). W każdym państwie żyją ludzie obdarzeni niezwykłymi mocami władania ogniem, wodą, ziemią, bądź powietrzem. Ci, którzy posiedli tę magię, która jest połączeniem sztuk walki oraz czarów, zwani są "benderami" (z ang.: "bend" - naginać; niestety, według mnie nie ma stosownego tłumaczenia polskiego). Tylko jedna osoba może władać wszystkimi czterema żywiołami, mianowicie odradzający się w każdym pokoleniu Awatar - człowiek, którego zadaniem jest niesienie pokoju, przywracanie światu równowagi i pełnienie roli mostu pomiędzy światem ludzi i światem duchów.
   Akcja serialu rozpoczyna się, gdy pewne rodzeństwo pochodzące z Wodnego Plemienia odnajduje w lodzie dwunastoletniego chłopca - Aanga - oraz jego latającego(!) bizona. Chłopiec okazuje się być Awatarem, po którym słuch zaginął 100 lat wcześniej. Cały świat zdążył zapomnieć o istnieniu młodego Aanga myśląc, iż ten zginął, bądź porzucił ich, zostawiając na pastwę Narodu Ognia, który nagle zaatakował pozostałe krainy i rozpoczął swój terror.

   Katara i Sokka (takie imiona bowiem nosi rodzeństwo z Wodnego Plemienia) postanawiają wyruszyć z Aangiem w podróż po świecie, by ten mógł opanować pozostałe trzy żywioły i ostatecznie pokonać Lorda/Władcę/Króla(?) Ognia (dokładnie 'The Firelord'). Naprawdę rzadko podobają mi się polskie tłumaczenia.
   Oczywiście nie może być zbyt łatwo dla młodych podróżników. Zuko - młody książę i następca tronu Narodu Ognia (wygnany z ojczyzny przez swego ojca) poszukuje Awatara, by odzyskać utracony honor. Muszę powiedzieć, że postać Zuko pozwoliła mojemu wewnętrznemu fangirlowi na rozszalenie się na dobre.

Jak wyżej.

   Nie przeszkadzało mi nawet to, że chłopak definitywnie ma problemy ze sobą, gdyż biega po świecie, cały czas wołając "I need to reclaim my honooor, HONOOOOR!"




   Zdecydowanie największą zaletą Avatara jest rozpisanie postaci. Bohaterom niczego nie brakuje, twórcy poświęcają masę czasu na opis przeżyć oraz wyjaśnienie ich postępowania. Dzięki temu poznajemy każdą postać dokładnie, rozumiemy ich pobudki, emocje i możemy się z nimi utożsamić. Nie ma tu miejsca na niedociągnięcia, wszystko jest wyjaśnione: dlaczego Naród Ognia atakuje, z jakiego powodu Zuko postępuje tak, a nie inaczej (unikam spoilerów), bądź co sprawiło, że Azula jest zimną suką, generał-wujek Iroh zaś tak wspaniałym i sympatycznym miłośnikiem herbaty. 
   Sporym plusem w serialu jest perfekcyjnie dobrana muzyka, która nadaje serii klimatu. Miejscami mroczna, czasem podkreśla humor, często wyciska z nas łzy. Bejnamin Wynn oraz Jeremy Zuckerman stworzyli duet specjalnie na potrzeby serialu (warto dodać, że napisali muzykę również do drugiego sezonu, czyli The Legend of Korra)
   Pierwsze odcinki Avatara powstały w 2005 roku, dlatego grafika nie zapiera tchu w piersi... ale Yuzu nie jest w stanie nic jej zarzucić. Wszystkie odcinki są bardzo dobrze zrobione, szczególnie zachwyca mnie animacja walk, które są dosłownie piękne. Połączono taniec, elementalizm i sztuki walki. Postaci poruszają się niezwykle płynnie, tańcząc i czarując, co daje niesamowity efekt, gdyż każdy wojownik ma swój własny, unikalny styl. Z początku widzimy, że styl walki jest dostosowany do żywiołu, którym posługuje się bohater; woda jest opanowana, spokojna, płynna, ogień zaś gwałtowny i agresywny... jednak później obserwujemy, że woda może być burzliwa, płomień wyważony, stoicki. Wszystko zależy od charakteru i stanu ducha osoby, kierującej żywiołem.

Tutaj mamy przykład świetnych benderów i pięknego "naginania"....
...zaś oto jest Aang, nowa nadzieja ludzkości.
   Aang jest bohaterem, który czasem irytuje każdego z nas, jednak nie sposób go nie polubić. Oczywiście jest Awatarem i stara wziąć na siebie odpowiedzialność lecz widzimy, że przede wszystkim jest również dwunastoletnim (lub studwunastoletnim, jak kto woli) chłopcem. Aang popełnia błędy i to czyni go ludzkim, często utożsamiamy się z jego uczuciami, gdyż jak już wcześniej napisałam - postaci w Avatarze są rozpisane naprawdę dobrze. Nie ma tu miejsca na nieustraszonych bohaterów bez żadnych słabości, ratujących świat. Czasem to ratowanie świata po prostu nie wychodzi i należy spróbować ponownie.
   Moją ulubioną postacią ze świata Avatara jest Toph Bei Fong - niewidoma dziewczyna, pochodząca z arystokrackiej rodziny, która przy okazji jest "earthbenderem" ("włada" ziemią). Toph jest przede wszystkim twarda, nigdy nie owija w bawełnę i jak każdy normalny człowiek również posiada pewne słabości. Po dwudziestu już wpisach na tym blogu można było zauważyć, że lubię pewnych siebie, silnych bohaterów i to właśnie lubię w Toph. Dziewczyna nie jest jednak całkowicie odizolowana od własnych uczuć, co zauważamy w czasie rozwoju akcji.
  
   Jeśli chcemy obejrzeć Avatara musimy przygotować się na dobre trzy dni nieobecności w społeczeństwie. Ja pochłonęłam ten serial bardzo szybko, najprościej nie mogąc się od niego oderwać. Przyznam, że wciągnęłam się tak, jak wciąga się w dobrą książkę, serial, mangę, czy anime: gdy jesteś w trakcie podążania za historią, nie możesz oderwać od niej myśli nawet w nocy snując, co może wydarzyć się dalej. 
   Najgorszy i zarazem najlepszy moment większości seriali to ostatni odcinek. W końcu wszystko się wyjaśnia, wiesz jak kończy się historia ale... co teraz masz zrobić ze swoim życiem? Na szczęście zawsze mamy tak złote miejsce, jak tumblr (tęcze i jednorożce dla fangirla, fanboya), gdzie ludzie nam podobni łączą się z nami w bólu. 
   Yuzu oczywiście zaraz po Avatarze sięgnęła po serię drugą, mianowicie The Legend of Korra, o której wspominałam już wcześniej, jednak nie zaspokoiło to mojej żądzy. Seria druga opowiada bowiem o następnym odrodzonym Awatarze, który jest młodą, butną nastolatką i choć sama w sobie nie jest zła... brakuje mi dawnych bohaterów, bowiem nowi niestety nie są tak dopracowani. Większość z nich po prostu mnie irytuje - wliczając w to główną bohaterkę. O tym jednak kiedy indziej, w innym wpisie. Może następnym...?
  
   Gorąco polecam Avatara dla każdego fana sztuk walki lub elementalizmu, azjatyckiej kultury, czy po prostu dobrej serii przygodowej. Jeśli ktoś nie lubi seriali animowanych - nie szkodzi. Avatar całkowicie różni się od reszty "amerykańskich bajek". Obejrzenie odcinka, czy dwóch (lub pięciu a zakończy się zaś na trzydziestu, znając życie) nie zaszkodzi, zaś pozwoli wam zachęcić, bądź zniechęcić się do serialu. 

Życzy wam seksowny książę Zuko.

Komentarze

Popularne posty