Z Disneya nie wyrośniesz - 'Frozen'
Ten tydzień był okropny, ohydny, nieznośny i obrzydliwie fe. Zabrakło pieniędzy na życie, więc Yuzu musiała odpuścić sobie Makbeta Kennetha Branagha (nigdy sobie tego nie wybaczę, mogłam żebrać na ulicy). W sobotę jednak Mamusia zadzwoniła do Yuzu i powiedziała: "Dziecko, wpłaciłam Ci pieniądze, idź do kina i baw się dobrze, po bajce grzecznie do domu i spać".
Yuzu już dawno wiedziała, że ma najlepszą mamę na świecie, która nadal potrafi ją zaskakiwać.
Dlatego córka grzecznie pobiegła do najbliższego kina, usiadła wygodnie na fotelu (rodzice obecnych na sali dzieci dziwnie się na mnie patrzyli, jakbym zgubiła młodsze rodzeństwo, czy coś w tym stylu) i obejrzała kretyński odcinek Myszki Miki (Yuzu nigdy nie lubiła Myszki Miki, najwyraźniej nie udało jej się pojąć potencjału tej bajki) i nawet grzecznie zniosła dubbing, który nie był aż tak zły (poza wkurzającym bałwanem oraz dość załamującym się podczas śpiewu głosem Elsy). Bawiła się dobrze - nawet bardzo. Pewien młody tatuś, siedzący obok Yuzu co chwila na nią spoglądał z przestrachem, bowiem uśmiechała się na piosenkach dość często.
Disney definitywnie poprawia humor. Pora jednak zakończyć ten długi wstęp i przejść do rzeczy. Konkrety, Yuzu, konkrety.
Dość ważna kwestia dla jasności: zakładam, że wszyscy znają fabułę Frozen, jeśli nie to filmweby, wikipedie i inne takie. Dzisiejszy post nie jest typu informacyjnego. Przygotujcie się na refleksje, brrr.
Przyznam, że na samym początku podchodziłam dość sceptycznie do nowego tworu Disneya. Przeczytałam gdzieś, że bajka jest "bardzo dla dzieci" i starsi widzowie mogą się na niej nudzić, bądź "piosenki nie są fajne"... lecz w momencie, gdy usłyszałam utwór rozpoczynający Frozen... przepadłam. Piosenka jest naprawdę świetna i klimatyczna (cały film niestety nie ma takiego klimatu, jednak do tego przejdę za chwilę).
Wow, lód, wow, mały Kristoff, wow, wielu dużych śpiewających mężczyzn! Is it Heaven, mommy?
Nie mogę zbyt wiele powiedzieć o wszystkich piosenkach z Frozen, bowiem oglądałam wersję z polskim dubbingiem. Jak tylko będę miała możliwość obejrzenia wersji oryginalnej będę miała rzeczywisty obraz całego filmu, w tej chwili mogę jedynie wypowiedzieć się o polskim dubbingu.
Jak powszechnie wiadomo: Yuzu dubbingu nie lubi, czasem wręcz nie znosi. We Frozen nie był on jednak nadto irytujący, jak np. w Tangled (bardzo lubię Stuhra, jednak do roli "Julka" KTO WYMYŚLIŁ TO IMIĘ po prostu nie pasuje. Ze śpiewaniem też było kiepsko. W momencie, gdy rozpoczyna się I see the light w wersji angielskiej Yuzu wzrusza się i pochlipuje, w przypadku polskiego dubbingu - wybucha śmiechem). We Frozen dubbing jest znośny. Jedyna postać, która mi się nie podobała to bałwan Olaf, któremu głosu użyczał Czesław Mozil. Nie wiem jednak, czy jest to wina aktora, czy może po prostu scenariusza, bowiem nie widziałam oryginału. Muszę przyznać jednak, że żarty Olafa nie były zabawne, czasem wydawały się nawet wymuszone. Możliwe, że to właśnie mieli na myśli ci, którzy określili Frozen "bajką dla dzieci" = żarty również są na poziomie młodszych widzów.
Złym wyborem była również Katarzyna Łaska, która wykonywała partie wokalne Elsy. "Gwiazda" po prostu nie nadaje się do tego typu piosenek, gdyż w przykładowo w utworze Let it go - głos jej się załamywał. A może to po prostu ja tak uważam? Może mam spaczony gust? Kto wie!
Dodam, że najlepiej zdubbingowaną postacią w całym filmie jest ten pan. Świetna rola, dobra scena. Przyznam, że się naśmiałam i nie tylko dzięki Kristoffowi.
Frozen jest przede wszystkim opowieścią o siostrzanej miłości.
No właśnie: o czym jest Frozen? Na pewno nie jest to opowieść o wieeeeelkiej, nieśmiertelnej miłości księżniczki i księcia, jak to zwykle było w Disneyu. Nie jest to też historia ze złą czarownicą i księżniczką w opresji (we Frozen są DWIE księżniczki w opresji a Ten Zły okazuje się Zły dopiero na końcu. Nie porównałabym go do Maleficent, bądź Urszuli ale trzeba przyznać, że kamuflaż miał niezły. Ponętny nawet, Yuzu się nabrała i poleciała).
Dlatego, jak już napisałam wcześniej, nowy twór Disneya opowiada o uczuciu, jakim siostra może darzyć siostrę; ile można poświęcić dla członka rodziny, ileż można zrobić, by mu pomóc - nawet jeśli wcześniej troszkę nas wkurzył. Opowieść - jak to bajka Disneya - uczy nas o miłości, jak potężnym jest uczuciem, naprawia wszystko (bla, bla, bla, wybaczcie lecz Yuzu nie jest nadto ckliwym typem, Yuzu woli konkrety) a przede wszystkim o tym, że nie należy udawać i być kimś, kim naprawdę nie jesteśmy. Według Yuzu jest to najważniejsze przesłanie Frozen, gdyż najbardziej ją dotknęło. Yuzu uważa, że jest to ogromnie istotna kwestia i podoba się jej, że Frozen dotyka tego tematu.
Yuzu wychodząca rano z domu na zajęcia. Winter is coming, definitely.
Yuzu od razu polubiła Annę. Nie popiera powszechnej opinii, że bohaterka Frozen jest po prostu kopią Roszpunki, Anna jest definitywnie postacią bardziej sympatyczną, heroiny z Tangled zaś Yuzu nie darzy jakimś szczególnym uczuciem, gdyż według niej jest trochę sztuczna i zbyt przypomina idealną lalkę Barbie, którymi Yuzu bawiła się w dzieciństwie. Oczywiście nie w stu procentach, gdyż ostatecznie okazuje się całkiem sympatyczną bohaterką... o tym jednak napiszę we wpisie o Tangled. Jeśli takowy kiedykolwiek powstanie.
Anna jest zaradna, zabawna, twarda (to jedna z cech, które lubię w żeńskich postaciach) i przede wszystkim strasznie ludzka. Nie jest laleczką Barbie, zawsze zachowującą się idealnie zgodnie z dobrymi manierami. Popełnia sporo błędów, ma niewyparzony język i nie udaje, że nie leci na przystojnych facetów. Przeczytałam gdzieś, że jeśli bohaterka w bajce bądź filmie mówi sama do siebie, wygląda to sztucznie. Otóż, nic bardziej mylnego. Ja gadam do siebie cały czas. Staram się nie robić tego na ulicy, oczywiście (ograniczam się do okazyjnego szczerzenia się). Anna często mówi do siebie, co również jest jednym z powodów, dla których darzę ją sympatią.
Kristoffa polubiłam już podczas oglądania zwiastunu Frozen kilka miesięcy temu. No spójrzcie tylko na niego.
Muszę przyznać, że podoba mi się ostatni pomysł Disneyowskich twórców, by w roli głównego męskiego bohatera (zwykle w świecie fanów zwanego po prostu księciem, bez względu na urodzenie) umieszczać normalnych, "prostych" mężczyzn/chłopców niskiego urodzenia, bądź o mrocznej przeszłości (Eugene, Kristoff). Każda mała dziewczynka marzyła w dzieciństwie o poślubieniu księcia z bajki, jednak nowe filmy Disneya pokazują, że idealny partner dla ciebie niekoniecznie musi mieć wielką fortunę, zamek (najlepiej całe królestwo) i białego rumaka (zawsze może mieć po prostu renifera lub skradzionego konia). Ostatecznie może okazać się, że jest tak, jak mówiła całe życie moja Rodzicielka: książęta to dranie i tyle.
Yuzu lubi w Kristoffie przede wszystkim jego duży nos. To, że nie dba o swój wygląd (co niekoniecznie zawsze jest plusem, przyznaję), nie jest ułożonym księciem, śpiewa i rozmawia ze swoim reniferem, plus bez przerwy mówi do siebie. Yuzu lubi jego sarkastyczne komentarze i reakcje na wyczyny Anny. Podoba jej się też to, że Kristoff nie jest wielkim macho i potrafi dać się zdominować kobiecie. Ekhm, nie zabrzmiało to jak coś, co powinno pisać się we wrażeniach z BAJKI, jednak nie chodziło mi o żadne sprośne znaczenie, moi drodzy. Co złego i dwuznacznego - to nie Yuzu. It is known.
Niektórzy są warci rozpływania się. Np. Tom Hiddleston, Benedict Cumberbatch, bądź taki Kristoff. Jak to jest, że bajki Disneya poprawiają humor i zarazem go pogarszają, gdy uświadamiasz sobie, że też chciałabyś księcia z bajki?
Odwiecznym problemem, który przeżywam w każdym filmie i w każdej bajce jest kłopot z komunikacją międzyludzką. Wszystkie konflikty w fabułach wynikają z niedopowiedzeń; ktoś przed kimś ukrywa, nie wiadomo właściwie z jakiego powodu, druga osoba źle to odbierze, bądź coś przekręci... bam, koniec świata, trzeba ratować krainę/księżniczkę/planetę. Następnie wszyscy rozmawiają, przytulają się i jest w porządku. Zwykle przed tym oczywiście zdarza się wielka bitwa, bądź coś w tym rodzaju. Poważnie, czasem chciałabym zobaczyć prawdziwy powód, przez który w filmie ktoś cierpi, bądź chowa urazę. Dajcie mi realny problem, który nie jest rozwiązywalny przez wyznanie nieśmiertelnego uczucia, tylko o to proszę!
Tak, wiem - to tylko bajka, odbiorcami są dzieci... co nie przeszkadzało w tworzeniu rzeczywistych konfliktów jak np. takowy w Pocahontas czy Dzwonniku z Notre Damme.
Obiecuję, że kiedyś opanuję chaos w moich wpisach (kłamałam, to nigdy nie nastąpi) a teraz napomknę coś o klimacie, na który narzekałam na samym początku. Otóż, pierwszy utwór we Frozen może ma świetny klimat i takiego oczekujemy przez resztę filmu (piosenka była niezwykła, boli mnie jednak jej marnotrawstwo). Może powiecie, że za bardzo przeżywam tę kwestię, jednak dla mnie klimat bajki stanowi bardzo istotny "szczegół". Właściwie, gdy ktoś spyta mnie, za co uwielbiam bajki Disneya, odpowiem: "cóż, to przecież ten disneyowski klimat". I wcale nie chodzi o to, że nastrój wszystkich filmów jest taki sam. Po prostu każdy z kolei ma swoją unikalną atmosferę. W końcu co sprawia, że tego wieczoru chcemy obejrzeć właśnie Herkulesa, a nie Króla Lwa? To, że Hades jest zajebisty? Przecież Timon i Pumba też są zajebiści. Może nie mamy po prostu ochoty wylewać morza łez na scenie śmierci Mufasy (nie znoszę tej sceny, damn you, Disney) a może mamy ochotę po prostu na tajemniczy, mroczny wstęp sióstr Muz? To wszystko klimat, moi drodzy (dziwnie o tym mówić, gdy parę dni temu miałam zaliczenie z klimatologii, jednak ta kwestia jest nieistotna, po prostu narzekam).
Naprawdę cieszę się, że Disney ma za sobą kryzys, w trakcie którego powstała Księżniczka i Żaba (ta bajka po prostu do mnie nie dotarła) i nadal mogę cieszyć się wieczornym seansem dobrego "filmu dla dzieci". Z niecierpliwością czekam na następny twór Disneya (nie, nie na Gwiezdne Wojny T____T) i zdecydowanie ponownie wybiorę się do kina. Nie ma chyba nic lepszego na poprawę humoru niż szczerzenie się do ekranu.







Komentarze
Prześlij komentarz