Thor 2 - Mroczny Świat, czyli jak Loki ukradł film. Znowu.
Niestety, kolokwia i wejściówki zabrały Yuzu możliwość, by pojawiła się na premierze Thora. Tak więc tydzień później, wolna od jakichkolwiek zobowiązań w czwartkowy wieczór wybrała się ze znajomymi do kina. Niestety, nie udało jej się zdobyć dobrego miejsca, nad czym ubolewała tragicznie, gdyż pewien pan o dwóch metrach wzrostu zasłaniał jej 1/3 ekranu. Yuzu musiała usiąść na piętach, by widzieć napisy. Nie chodziło tu o napisy same w sobie, gdyż zwykle Yuzu ich nie czyta, bowiem tłumaczenie często ją irytuje; po prostu jestem tak pedantyczną osobą, że muszę widzieć cały ekran podczas oglądania filmu.
This thursday was definitely a Thorsday for me.
Tak więc Yuzu
nastawiła się na dobre show. Niekoniecznie na znakomity film (co było właściwe
i odpowiednie) ale na świetną zabawę – bo to filmy Marvela zwykle zapewniają… i
bawiłam się dobrze. Trochę żałuję, że poszłam na film w 3D i przez to
zapłaciłam więcej pieniędzy za bilet, ponieważ efekty specjalne nie powalały
(przynajmniej nie na tyle, by istniał wymóg obejrzenia filmu w 3D). Yuzu jest
biednym studentem, dlatego często odpuszcza sobie jakiś dobry obiad, by iść do
kina. Mała nuta narzekania musi się znaleźć w każdej notce lecz na tak
niewielkiej ilości tego właśnie zabiegu zaprzestanę me gderanie. Powrócę do
tematu i powiem jedynie, iż Thor zapewnił odpowiednią dawkę rozrywki, co
uczyniło go godnym Marvela, gdyż nie mogę powiedzieć, że oglądając ten film
byłam znudzona.
Film nosi nazwę Thor:Mroczny Świat, jednak powinien
raczej nazywać się Loki skradł Thorowi
film, gdyż największym atutem tej części Thora jest właśnie postać jego przybranego
brata. Powiedzmy sobie szczerze: postać Lokiego jest najlepiej rozpisaną w
całym scenariuszu. Loki jest przesiąknięty złem, jednak nadal istnieje w nim
nuta dobroci – przede wszystkim jest to miłość do matki - jest zabawny (większość
scen, na których wśród widowni rozbrzmiewał śmiech zawierały właśnie Lokiego),
ironiczny i oczywiście przystojny. Myślę, że sporo swego uroku postać Lokiego
zawdzięcza właśnie aktorowi, który się w niego wciela, mianowicie Tomowi
Hiddlestonowi, o którym na pewno nieraz wspominałam już na tym blogu.
Tom Hiddleston jako Tom i Tom Hiddleston jako Loki. Can you see the difference?
Niestety, wielką
wadą obu części Thora jest Natalie Portman. I boli mnie to, co piszę, moi
drodzy czytelnicy, jednak aktorka nijak odnajduje się w roli Jane Foster, która
odgrywa dużą rolę w Mrocznym Świecie,
przez co większość scen jest przewidywalna, mało interesująca, bądź irytująca.
Istnieje odpowiedni kolokwializm, który określałby Jane, odgrywaną przez
Portman, jest to mianowicie zwrot: do porzygania. Niestety Yuzu ma wrażenie, że
po występie w nowych Gwiezdnych Wojnach,
do twarzy Natalie Portman przykleiła się cierpiąca mina, która nadal wydaje się
ukazywać na jej nadobnej facjacie. Myślałam, że po występie w Czarnym Łabędziu Natalie wróciła do
formy i nadal potrafi odgrywać różne role… niestety. Możliwe, że po prostu
reżyser wymagał od Portman takowego odegrania postaci, czyli nudnej pani fizyk,
która nie potrafi zdobyć miłości widza lub po prostu aktorka do tego typu ról
się nie nadaje i jednak do prawdziwego występu aktorskiego potrzebuje ambitnej roli.
Tom świetnie przedstawił irytujący wyraz twarzy Natalie Portman w Thorze.
Podczas seansu Thora nie mogłam pozbyć się wrażenia, że
reżyser miał problem ze zbalansowaniem ilości tragizmu i komizmu w swoim
tworze. Niektóre sceny nijak mają się do siebie. Nie chcę nikomu spoilerować,
bowiem sama bym sobie tego nie życzyła, jednak powiem, iż istnieje scena,
podczas której sporo fanek miało ochotę wybuchnąć płaczem (co powinien uczynić
również Thor), jednak minutę później Jane i jej ukochany zaśmiewają się z
możliwości telefonu komórkowego w jaskini. Moment minął, pokażmy więc teraz
kochanków i ich lekki stosunek do życia.
Niestety, jeżeli już mowa o humorze Thora 2 to - jak już wspomniałam wcześniej - zajmował się tym jedynie Loki. Sceny z doktorem Erikiem Selvigiem i Darcy nie były śmieszne... były dosyć żałosne. Miałam wrażenie, że dowcip jest wymuszony, Kat Dennings zaś irytująca i kompletnie nie odnajduje się w roli nieogarniętej stażystki. Większość zabawnych scen do fabuły po prostu nie pasowała i jedynie wprowadzała chaos, bądź poczucie zdezorientowania.
Niestety, jeżeli już mowa o humorze Thora 2 to - jak już wspomniałam wcześniej - zajmował się tym jedynie Loki. Sceny z doktorem Erikiem Selvigiem i Darcy nie były śmieszne... były dosyć żałosne. Miałam wrażenie, że dowcip jest wymuszony, Kat Dennings zaś irytująca i kompletnie nie odnajduje się w roli nieogarniętej stażystki. Większość zabawnych scen do fabuły po prostu nie pasowała i jedynie wprowadzała chaos, bądź poczucie zdezorientowania.
Możliwe, że to wstrząsnęło jedynie mną, jednak jest to tylko
przykład na nieumiejętnego balansu „uczuć” w Thorze
2. Niektóre wątki pozostały również
niewyjaśnione (mam na myśli np. uczucia Lady Sif) bez nadziei na uczynienie
tego w przyszłych produkcjach... jeżeli jednak będzie odwrotnie do moich przekonań w tej sprawie - będę bardzo zadowolona.
Powrócę jeszcze do kwestii bohaterów, gdyż ten wpis i tak jest chaotyczny, bowiem robimy go w stylu Lokiego. Im więcej nieładu, tym lepiej!
Właśnie... jak to jest z tą Lady Sif, Fandralem, Volstaggiem i Hogunem? Co z "thorową fantastyczną czwórką"? Jakie są ich historie? Dlaczego w dwóch częściach Thora nie ma żadnej wzmianki o ich przeszłości, bądź nawet słowa o ich charakterze? Oczywiście jeżeli ktoś naprawdę chce dowiedzieć się czegoś o tych postaciach - wystarczy przeczytać komiks (bądź odwiedzić ciocię Wikipedię), jednak z jakiegoś powodu stworzono ekranizację, prawda? Po co wprowadzać bohaterów, których nie zamierzamy nawet właściwie przedstawiać? Uważam, że nikomu nie zaszkodziłoby, gdyby wyjaśniono parę kwestii w temacie druhów Thora i film nadal mógłby nosić imię głównego bohatera. Miałam nadzieję na jakiś smaczek, gdy pojawił się motyw bitwy w krainie Hoguna (również śmieszna historia z tą potyczką... fabuła płynie sobie spokojnym nurtem, nagle zaś widzimy pole bitwy, dzielną Sif i zajebistego Thora - nikt nie wie dlaczego i po co walczą ale efekty są fajne, Sif seksowna a Thor przystojny) ale sprawiło to jedynie, że zostawiliśmy Hoguna w tyle i to wszystko. Mniej scen do montażu, najwyraźniej.
Yuzulowi podobał się również wątek z mamusią Thora i Lokiego, ukochaną żoną Odyna - Friggą, gdyż w sequelu było jej więcej, mogliśmy również zobaczyć jej wojownicze oblicze... oczywiście nadal nie wiemy, skąd pochodzi i gdzie posiadła swoje niezwykłe umiejętności walki, Yuzu musiała więc obejść się ze smakiem.
Warto byłoby też na sam koniec napisać coś o scenach, pojawiających się po napisach... niestety, spoilers! Powiedzmy jedynie, że jestem szczerze zaintrygowana postacią, w którą wciela się mój ulubiony Benicio del Toro, mianowicie The Collector. Znam go z komiksów i nie mogłam posiadać się z radości znajdując dowód na to, że postanowili w końcu zekranizować jego wątek.
Wyjątkowo w tej części nie dostaliśmy jedną scenę after credits, lecz dwie! Druga scena była jednak zdaniem Yuzu trochę zbyt ckliwa, bowiem nie lubię wątku Thora i Jane, zakończono ją jednak bardzo uroczym humorem, który pozwolił opuścić salę kinową z uśmiechem.
Powrócę jeszcze do kwestii bohaterów, gdyż ten wpis i tak jest chaotyczny, bowiem robimy go w stylu Lokiego. Im więcej nieładu, tym lepiej!
Właśnie... jak to jest z tą Lady Sif, Fandralem, Volstaggiem i Hogunem? Co z "thorową fantastyczną czwórką"? Jakie są ich historie? Dlaczego w dwóch częściach Thora nie ma żadnej wzmianki o ich przeszłości, bądź nawet słowa o ich charakterze? Oczywiście jeżeli ktoś naprawdę chce dowiedzieć się czegoś o tych postaciach - wystarczy przeczytać komiks (bądź odwiedzić ciocię Wikipedię), jednak z jakiegoś powodu stworzono ekranizację, prawda? Po co wprowadzać bohaterów, których nie zamierzamy nawet właściwie przedstawiać? Uważam, że nikomu nie zaszkodziłoby, gdyby wyjaśniono parę kwestii w temacie druhów Thora i film nadal mógłby nosić imię głównego bohatera. Miałam nadzieję na jakiś smaczek, gdy pojawił się motyw bitwy w krainie Hoguna (również śmieszna historia z tą potyczką... fabuła płynie sobie spokojnym nurtem, nagle zaś widzimy pole bitwy, dzielną Sif i zajebistego Thora - nikt nie wie dlaczego i po co walczą ale efekty są fajne, Sif seksowna a Thor przystojny) ale sprawiło to jedynie, że zostawiliśmy Hoguna w tyle i to wszystko. Mniej scen do montażu, najwyraźniej.
Yuzulowi podobał się również wątek z mamusią Thora i Lokiego, ukochaną żoną Odyna - Friggą, gdyż w sequelu było jej więcej, mogliśmy również zobaczyć jej wojownicze oblicze... oczywiście nadal nie wiemy, skąd pochodzi i gdzie posiadła swoje niezwykłe umiejętności walki, Yuzu musiała więc obejść się ze smakiem.
Taka ciekawostka. Smutna ciekawostka.
Wyjątkowo w tej części nie dostaliśmy jedną scenę after credits, lecz dwie! Druga scena była jednak zdaniem Yuzu trochę zbyt ckliwa, bowiem nie lubię wątku Thora i Jane, zakończono ją jednak bardzo uroczym humorem, który pozwolił opuścić salę kinową z uśmiechem.
Postanowiłam zakończyć tę notkę troszkę innym podsumowaniem niż zwykle, mianowicie...:
LINKIEM idealnie odzwierciedlającym to, co chciałam napisać.








Komentarze
Prześlij komentarz