"The Lone Ranger", czyli Piraci z Dzikiego Zachodu
Jesień nadeszła, zima zbliża się wielkimi krokami, zaś Yuzu dopadła jesienna chandra. Je więcej, śpi więcej, uczyć jej się nie chce, nie mówiąc o napisaniu czegoś kreatywnego... dlatego na posta trzeba było czekać tak długo. Studia się zaczęły i niestety walka Yuzu z chemią jak na razie jest ciężka i nierówna, bowiem chemia wygrywa. Yuzu jednak ma wielkie plany na przyszłość i nie pozwoli, by taka marna chemia była górą. Co to - to nie. Wpisu nie było przez cały tydzień i oficjalnie powinnam za to zostać powieszona, jednak w końcu jestem w domu, jest mi cieplutko, ponieważ piję gorącą czekoladę, więc jestem w pełni ukontentowana.
Jednak za dużo tutaj emocjonalnego ekshibicjonizmu i narzekań na życie, za mało zaś kultury. Zaraz to naprawimy.
Jednak za dużo tutaj emocjonalnego ekshibicjonizmu i narzekań na życie, za mało zaś kultury. Zaraz to naprawimy.
The Lone Ranger - film reżysera słynnych Piratów z Karaibów, mianowicie Gore Verbinsky'ego, nakręcony w 2013 roku. Dookoła tej produkcji było sporo szumu; Depp jako Indianin, kolejne boskie kino Verbinsky'ego, wyśmienity western, Helena Bonham Carter, konie, koty, lwy, tygrysy, niedźwiedzie...! Okay, przesadziłam, poniosło mnie. Co jest ważne: dookoła Lone Ranger huczało i o to chodziło. Czy słusznie? Cóż, jak zwykle, wyrażę swą opinię za parę linijek.
Historia filmu w pigułce: Fabuła rozpoczyna się niebanalnie. Dziki Zachód, pewien adwokat po latach wraca do miasta, by objąć tam stanowisko stróża prawa. Wpada w tarapaty (bardzo ogólnikowo - spoilery), o mało nie zostaje zabity przez Tego Złego, po czym zostaje uratowany przez Indianina imieniem Toto. The bad guy morduje towarzyszy naszego bohatera, co powoduje, że ten zakłada maskę i postanawia pomścić przyjaciół w iście bohaterski i tajemniczy sposób... oczywiście nie muszę mówić, że uroczy przedstawiciel plemienia Komanczów będzie mu towarzyszył, prawda?
Helena Bonham Carter i Johnny Depp przyjemnie kojarzą się Yuzu z jej ukochanymi filmami Tima Burtona. Good choice, mr Verbinski.
Powiedzmy najpierw coś o doborowej obsadzie tej produkcji. Johnny'ego Deppa wszyscy znamy i kochamy, chociażby za wspaniałe role takie jak Edward Scissorhands, Ichabod Crane (Sleepy Hollow) lub wspaniały, seksowny cygan z Czekolady. Co prawda, kochany Johnny ostatnio dość zawodzi Yuzu swoimi występami w Mrocznych Cieniach, bądź kontynuacją Piratów z Karaibów (Na nieznanych wodach), lecz ma to dużo do czynienia ze spadkiem formy ulubionego reżysera Yuzu, mianowicie Tima Burtona. Coś mu nie idzie ostatnio, zaplątał się w wić powtórek i wisi nad nim jarzmo Disneya, mam jednak nadzieję na rychły powrót filmów w dawnym stylu. Nie o tym jednak dziś prawię.
Helena Bonham Carter - żona wyżej wymienionego Tima Burtona, słynna ze swojej roli w Harrym Potterze, jednak nie była to jej najlepsza rola, gdyż pojawiała się również w takich perełkach, jak Fight Club, Howards End, czy Miłość i Śmierć w Wenecji. Niestety, ostatnimi czasy przyklejono do niej metkę pt. "crazy woman" i jedynie takie role odgrywa. Nie, Helena to nie tylko szalona czarownica, czy Czerwona Królowa z wielką głową. Możliwe, że sama aktorka czuje się lepiej w takich rolach, nie wiem. Moim zdaniem aktorstwo polega na rzucaniu sobie nowych wyzwań, próbowaniu ról różnego rodzaju; nie pozostawaniu przy jednym, oklepanym już charakterze.
Wracając do Johnny'ego - do niego również przywarła plakietka "nienormalnego", za co zaczynam obwiniać Tima Burtona. Z jednej strony może to być wina Tima, bowiem ostatnimi czasy spadła jakość jego filmów, przez co postaci w nich występujące również ucierpiały. Cóż, zdecydowanie ich różnorodność. Z drugiej zaś strony, Burton to reżyser, Johnny nie musi przyjmować danej roli, jeżeli ma jej dość, zaś reszta świata nie musi szufladkować go jako aktora, grającego jedynie dziwaków, prawda?
O, a tu mamy kapitana Jacka... eeee, miałam na myśli Toto, Indianina.
No właśnie. Czy ja go gdzieś wcześniej nie widziałam?
Aktorzy aktorami, jednak co z ich rolami w Lone Ranger? Johnny Depp wciela się w postać Toto - samotnego Indianina z plemienia Komanczów, lekko odbiegającego od powszechnego wyobrażenia Rodowych Amerykanów. Wiadomo, Depp nie może wcielać się w normalną rolę, więc od razu wiemy, iż z Toto będzie coś nie tak. Co, mianowicie? Oczywiście, Indianin jest całkowicie nienormalny. Zdaje się jednak kierować w życiu pewnymi zasadami, które na pozór wydają się całkiem sensowne, wygląda jak Indianin, gada z końmi(?!!!), przypomina nam zwariowanego kapitana Sparrowa... więc dlaczego Yuzu nie jest do końca zadowolona?
Cóż, to wszystko już było. Przez cały film nie mogłam pozbyć się wrażenia, że oglądam komanczową wersję Jacka Sparrow; identyczny ton głosu, gesty, szaleństwo ukazane w ten sam sposób... co prawda Toto boryka się z większymi problemami, niż kapitan Czarnej Perły, co (na szczęście) różni obie postaci. Ktoś może powiedzieć, że owszem, Jack i Toto będą podobni - gra ich ta sama osoba - dlaczego więc czepiam się tak trywialnej rzeczy jak np. ton głosu? Cóż, przecież o to właśnie w aktorstwie chodzi, nieprawdaż? O całkowitą zmianę zachowania, by ukazać nową postać, wcielić się w nią kompletnie, stworzyć dla niej nowy styl bycia. Są aktorzy, którzy zmieniają się do każdej roli. Niewielu to robi, jednak myślałam, że Depp nadal się do nich zalicza. Mogę jedynie czekać na moment, w którym zdejmie z siebie plakietkę kapitana Jacka.
Cóż, powinnam napisać coś również o głównym bohaterze, którego niestety (jak zwykle) przyćmił pan Depp, mianowicie naszego adwokata-mściciela, w którego wciela się Armie Hammer. Szczerze mówiąc, Yuzu zna go z paru malutkich ról (książę z Mirror Mirror lub studencik z The Social Network), jednak i tak musiała go "wyguglować". Cóż, dowiedziała się, że nie jest to popularny aktor i wielu pierwszoplanowych ról nie dostał(z tego, co mi wiadomo - tylko jedną), dlatego Jeźdźca Znikąd możemy uznać za jego debiut w wielkim świecie. Albo i nie.
Hammer jakoś nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia. Owszem, pokazał, że umie grać, jednak według mnie rola nie wymagała zbyt wielkich umiejętności aktorskich. Był przez chwilę zabawny, jednak szary i przewidywalny, dlatego jego miejsce w światłach jupiterów i na okładkach gazet zajął Depp. Cóż, ciężko przebić Deppa, but keep trying, Hammer!
Zawiodłam się na poczuciu humoru scenarzysty, gdyż sceny z białym rumakiem były jedynymi zabawnymi w całym filmie.
Yuzu kocha westerny. Została wychowana na spaghetti westernach Sergio Leone z Clintem Eastwoodem, Dobrego, Złego i Brzydkiego widziała kilkanaście razy, podobnie jak Za garść dolarów, czy Pewnego razu na Dzikim Zachodzie. Ach, to były dobre filmy. Trzy godziny przemieszczania się kamery z wyrazu twarzy jednego bohatera na wyraz twarzy drugiego, gdzie scena śmierci trwała prawie tyle, co w Dragon Ballu. Czy muszę wspominać również, jakie znaczenie dla tych filmów miała muzyka Ennio Morricone? Myślę, że każdy szanujący się fan westernów wie, kto to jest i jak świetnych utworów jest autorem.
Właśnie z powodu wielkiej miłości do westernów oraz szacunku do Johnny'ego Deppa Yuzu zdecydowała się obejrzeć Jeźdźca Znikąd. Przez pierwsze czterdzieści minut filmu zachwycała się pięknymi widokami Dzikiego Zachodu(ktoś odwalił kawał dobrej roboty), lecz później nawet ładne widoki nie pomogły. Szybko zmienię temat w tym samym akapicie, co powinno być karalne, jednak film zaczął być lekko żenujący. Przepełniony wymuszonym dowcipem (humor był naprawdę na niskim poziomie, bądź po prostu tyle już go było w poprzednich produkcjach Verbinsky'ego, że Yuzu się znudziła)... stwierdziłam, że coś jest nie tak, gdy jedyne sceny, które mnie bawiły - były scenami z koniem. Zadziwiające.
Wierzcie mi, naprawdę zastanawiałam się nad tym aspektem. Może po prostu się starzeję? Może nie mam humoru na oglądanie tego typu filmu? Lecz jeżeli nie teraz, to kiedy? Odczuwam pewien niedosyt i mam wrażenie, że scenarzyści mogli trochę bardziej się przyłożyć.
Cały czas jeden wielki "hate", dlaczego nie mówisz o pozytywach, kobieto?! Odezwały się wyrzuty sumienia w głowie Yuzu, iż jej blog zamieni się w "hejtowanie kina", o co wcale tu nie chodziło... Lone Ranger ma jednak pozytywy! Hans Zimmer! Znacie to nazwisko? Nawet jeśli nie, jestem pewna, że słyszeliście jego twory przynajmniej raz w życiu. Jest to bowiem kompozytor, którego przyjemnie się słucha, bowiem tworzy dobrą i klimatyczną muzykę do filmów, takich jak Piraci z Karaibów, Incepcja, Hannibal, czy też Książę Egiptu(pamiętacie?) Muzyka w The Lone Ranger jest bardzo klimatyczna(wstawki z dawnych westernów zdecydowanie na plus) i definitywnie poprawia jakość filmu. Sprawia, że film chce się oglądać, co definitywnie ratuje produkcję.
Czy Jeźdźca Znikąd warto obejrzeć? Nie lubię tego typu pytań, bowiem moim zdaniem każdy film warto obejrzeć. Nawet Zmierzch, nawet Intruza, czy jak mu tam. Do tych dwóch potrzeba po prostu odpowiedniej ilości wina i - proporcjonalnej do liczby butelek wina - liczby znajomych. Z pewnością na tym filmie człowiek może dobrze się bawić. Podejrzewam, że oglądając w kinie, wrażenie było bardziej pozytywne (lub bardziej negatywne - oglądanie filmu w kinie ma to do siebie, iż wzmacnia emocje). Pozostaje też kwestia tego, jakie kto ma poczucie humoru. Każdy lubi coś innego, dlatego warto obejrzeć Jeźdźca Znikąd chociażby po to, by sprawdzić, czy film nam się podobał. Podobnie jest z literaturą, moi drodzy.
Tym oto przyjemnym akcentem kończę mój dzisiejszy wpis. Jeżeli ktoś niecierpliwie na niego czekał - przepraszam. Bezsprzecznie mam do odrobienia dwie notki, co postaram się wykonać jak najszybciej. Najpierw należy jednak wygrać nierówną bitwę z chemią.
Coś czuję, że następny wpis będzie dotyczył powieści, gdyż ostatnio znów sporo czytam i naszła mnie ochota na napisanie czegoś ciekawego w kwestii literatury. Be prepared :)







Komentarze
Prześlij komentarz