The Fifth Estate - czyli poniedziałkowe odstresowanie z Benedictem Cumberbatchem

   Nadszedł początek tygodnia. Dzień z pięcioma godzinami chemii i dwiema matematyki, w tym po wejściówce z każdej. Do tego szalona współlokatorka próbująca wrobić cię w kradzież totalnie niepotrzebnej tobie rzeczy, którą sama podrzuciła (bądź jej chłopak, whatever) = bezcenny poniedziałek. Dlatego - dla odprężenia - Yuzu postanowiła wybrać się do kina, by obejrzeć aktorskie wyczyny Benedicta Cumberbatcha w swojej pierwszej pierwszoplanowej roli.
 




   The Fifth Estate - twór Billa Condona, będący "biografią" sławnego Juliana Assange'a, założyciela WikiLeaks - strony internetowej, umożliwiającej anonimowe publikacje dokumentów demaskujących rząd/korporacje. Dlaczego użyłam cudzysłowu przy słowie "biografia"? Cóż, The Fifth Estate nie jest nią do końca. Nie jest to film obiektywnie opowiadający historię Assange'a ani WikiLeaks. The Fifth Estate oparty jest - nie całkowicie, lecz w dużej mierze - na powieści Daniela Domscheita - Berga. Berg jest niemieckim hackerem, który pomógł wynieść WikiLeaks na szczyty, po czym - jak to zwykle bywa - "posprzeczał" się z Julianem, więc oczywiście postanowił napisać o tym książkę + scenariusz do filmu. Nie jest to więc do końca film o samym Julianie Assange'u, czego wszyscy się spodziewali.
   Zakładam, że wszyscy wiedzą o co chodzi w tym konflikcie, gdyż historia WikiLeaks została całkiem nagłośniona. Jeżeli nie - istnieje przecież wspaniała wikipedia, bądź można po prostu przeczytać zapowiedź filmu. Warto zapoznać się z całym problemem, bowiem jest to ciekawe zagadnienie.


   Właśnie, co z tym Assange'm? Każdy opis The Fifth Estate głosi, iż jest to film "opowiadający historię wielkiego Juliana Assange". Owszem, twórcy usiłują przedstawić nam kreatora WikiLeaks, niejako uzasadnić stan jego psychiki czy nieprzyjemny sposób bycia, opowiedzieć nam jego historię... co nie przeszkadza oczywiście na samym końcu zrobić z niego złośliwego, egoistycznego drania. Krótko, by nie spoilerówać: myślę, że jeżeli twórcy Fifth Estate naprawdę chcieliby pokazać nam Juliana Assange tak, byśmy mogli sami zastanowić się nad jego charakterem, bądź postępowaniem, zawarliby więcej materiałów z wydarzeń po słynnym wycieku. Mam oczywiście na myśli ostatnie momenty filmu (wywiad), reakcje Assange'a na oskarżenia, zmiana zeznań itp. Dopiero po zapoznaniu się z tym materiałem możemy zastanowić się nad Julianem - dziennikarzem, bądź Julianem - szarym człowiekiem.


   O czym zapomniałam wspomnieć? Ach tak, główny bohater - Daniel. Nie dziwota, że o nim nie pamiętam, bowiem jest tak przez cały film. To już nie kwestia Cumberbatcha i jego niezwykłej umiejętności tworzenia postaci - Daniel Berg (Daniel Bruhl) jest po prostu nudny. Nic dodać, nic ująć. A może to jednak wina Benedicta...? 
   Możliwe, że Yuzu ma po prostu dosyć konfliktu praca x dziewczyna. Dlaczego w każdym filmie kobieta rzuca faceta, by potem oczywiście i tak wrócić do niego w kluczowym momencie i daje mu ultimatum: ona lub kumpel/współpracownik? Yuzu ma wrażenie, że problemy miłosne Daniela były najważniejsze dla jego postaci. Yuzu ma również wrażenie, że nie o to jednak w filmie miało chodzić.
   Chciałabym wspomnieć też o pozostałych członkach obsady lecz za bardzo nie ma po co. Niestety, wszystkie role poza Danielem i Assange'm są niewielkie i mało znaczące dla produkcji, nie mam więc o czym pisać. Obsada została dobrana bardzo dobrze: widzimy Davida Thewlisa, Stanleya Tucci, Petera Capaldi czy Laurę Linney, jednak pojawiają się oni tak rzadko, że raczej nie mieli okazji się wykazać. Szkoda.

Me too, mr Ford, me too.

   Czas na pięć minut z Benedictem Cumberbatchem i jego kreacją - Julianem Assange. Cóż mogę rzec? Powiem krótko: Cumberbatch dosłownie ukradł film. Przez cały seans siedziałam wpatrzona jak w obrazek, gdyż uwielbiam podziwiać dobrze grających aktorów (o czym na pewno wcześniej wspominałam, bo kto nie lubi?). Ten, kto widział przynajmniej kilka wywiadów, bądź wystąpień Assange'a wie, że jest on dość specyficzną osobą (lekko rzecz ujmując) i zachowuje się również w sposób wyróżniający się (definitywnie). Benedict przedstawia "właściwe" dla Juliana zachowanie, sposób bycia, akcent (za akcent dajemy dużego plusa, chociaż nie był perfekcyjny to wiemy, jak Brytyjczycy muszą się postarać, by pozbyć się własnego), specyficzne zachowanie na scenie, czy poza nią (gesty, mimika - przede wszystkim charakterystyczne nerwowe uśmiechy). Po prostu perełka, panie Cumberbatch. Kolejny dowód dla znajomych, że interesujemy się Benedictem nie tylko ze względu na jego wspaniałe kości policzkowe - Ben to również cholernie dobry aktor.

  Cumberbatch po raz kolejny udowadnia nam, jak dobry jest w swoim fachu, ponieważ - jak już wspomniałam wcześniej - The Fifth Estate - skupia się na nim. Znów skradł film swoją osobą (wcześniej zrobił to ze Star Trekiem, chociaż grał rolę drugoplanową) i wcale się za to na niego nie gniewamy. Podejrzewam, że bez Benedicta, Fifth Estate byłoby po prostu powtórką z The Social Network, który pomimo reżyserii Davida Finchera niestety nie był filmem wybitnym. 

   Z bólem serca przyznaję, że nie rozumiem celu tak licznych metafor w tym filmie. Czy wszystkie musiały być tak głębokie? Rozumiem, że WikiLeaks to wielkie, "sztuczne" imperium Assange'a. Pierwsze ujęcie tej witryny jako firmy pełnej "Julianów" było ciekawe i nawet właściwe lecz po co te sceny, w których Daniel niszczy stanowiska pracy (biurka) jedno po drugim, w dodatku w zwolnionym tempie? Wydaje mi się, że napięcie adekwatnie utworzyłoby pokazanie czerwonych napisów na komputerze - efekt byłby wystarczający, wszyscy przecież zrozumieli przesłanie. Mam wrażenie, że nastąpił tu lekki przerost formy nad treścią; twórcy chcieli pokazać coś głębszego lecz nie byli do końca pewni co i w jakim celu. 

Nie rozumiem, dlaczego reżyserzy nadal stosują tę technikę na pokazanie informatyki/programistów/hackerów, tj. mądre, trudne napisy na całym ekranie, w tle myślący bohater. Poważnie, Yuzu już się to przejadło.

   Podsumowując: czy Yuzu odprężyła się dziś w kinie? Owszem. The Fifth Estate nie jest złym filmem. Oczywiście, nie jest również filmem wybitnym; podejrzewam, że gdybym miała go oceniać, dostałby ode mnie ocenę 6/10. Myślę, że produkcja Condona wystarczy, by zainteresować ludzi historią WikiLeaks, jeśli twórcy próbowali osiągnąć coś więcej... niestety, moim zdaniem im to nie wyszło. Produkcja jest dobra; momentami wciąga, ciekawi i zaspokaja apetyt na interesujący, poniedziałkowy film. Na szczęście Yuzu niczego więcej nie oczekiwała. Warto obejrzeć Fifth Estate chociażby ze względu na aktorskie wyczyny Benedicta Cumberbatcha. Jeśli o ten aspekt filmu chodzi - Yuzu definitywnie poleca. 


PS. Czy tylko ja zauważyłam zapewnienia scenarzysty, iż film jest fikcyjny, przedstawiony z perspektywy jednej osoby i przez to subiektywny? Poczułam się trochę urażona, bowiem było to raczej zapewnienie dla kretynów. Rozumiem, że Assange może się zezłościć za tę produkcję, dlatego twórcy dmuchają na zimne ale myślę, że każdy widz posiada umiejętności dedukcji i rozumie, że The Fifth Estate to fikcja, zwykły scenariusz jednej ze stron konfliktu.

Komentarze

Popularne posty