Kolejny "Dracula"... hit czy kit?

   Coś w środku mówi mi, że powinnam zacząć ten post od oświadczenia, iż uwielbiam Draculę Coppoli. Jestem w stanie oglądać ten film dziesiątki razy i podejrzewam, że nigdy mnie nie znudzi. Za każdym razem dostrzegam pewien detal, szczególik, którego nie zauważyłam poprzednio. Chętnie sięgam po wspaniałą ścieżkę dźwiękową Wojciecha Kilara; niewiele soundtracków do filmów jest tak klimatycznych jak właśnie ten autorstwa polskiego kompozytora. Oczywiście czytałam również Draculę Brama Stokera, od którego zaczęła się cała przygoda z wampirami. 
   Nie popieram Zmierzchu. Idea świecących wampirów jest dla mnie śmieszna i niedorzeczna, nie widzę w tym filmie żadnych wartości (poza całkiem niezłą muzyką), bowiem żadnych wartości raczej nie przekazuje. Zmierzch jest opowieścią o tym, jak zdobyć chłopaka-wampira. Deep as shit.
   Dlaczego o tym wszystkim piszę? Cóż, do tematu filmów o wampirach podchodzę sceptycznie. Bram Stoker's Dracula sprawił, że mam wysokie wymagania, zaś Zmierzch czy Pamiętniki Wampirów nie pomogły ich spełnić - było wręcz odwrotnie. Załamuje mnie współczesna moda na pedalskie (nie mylić z homoseksualnymi, "pedał" a "gej" to całkowicie odmienne osoby) wampiry. Gdzie podziała się krew, morderstwo, zło wcielone i ten mroczny klimat, który zwykł trzymać się ich na każdym kroku? Co z Nosferatu?
   Zainteresowałam się Draculą - serialem, ponieważ jestem fanką Jonathana Rhys-Meyersa. Pokochałam go za rolę w Velvet Goldmine, podziwiałam występ w Dynastii Tudorów. Powiedzmy sobie szczerze - facet to ciacho, kręci mnie, kropka. Nie mogłam sobie również odpuścić tak wspaniałej okazji do ponarzekania na kiepskie produkcje, bądź zachwytu nad świetnym serialem; która z możliwości zostałaby wykorzystana - to już zależy od twórców Draculi.

And like the Dracula, may the fandom rise up and take over the Internet.



   Są to moje wrażenia po epizodzie pierwszym, dlatego mogę nie mieć wiele do powiedzenia.  W moim przypadku "niewiele do powiedzenia" to prawdopodobnie dwie strony, więc jest to jednak pojęcie względne. 
   Muszę przyznać, że odcinek pierwszy nie zachwycił Yuzu tak bardzo, jak by chciała. Ba, Yuzu może powiedzieć, że w ogóle nie wywarł na niej wrażenia. Może poza paroma ujęciami wielkiego biustu Lady Jayne lecz nie sądzę, by o to twórcom chodziło (może raczej: modlę się, by nie był to ich nadrzędny cel). Dracula przedstawia nam się ładnie; piękni ludzie, piękne stroje, lekko przerysowana wiktoriańska Anglia (dodawanie kolorów dawnym epokom stało się ostatnio bardzo modne - patrz: The Great Gatsby, brrr). Wszystko ślicznie, pięknie, tylko pozostaje mały niedosyt, bowiem scenarzysta nie postarał się, by szczerze przedstawić XIX wiek. Jak można było zauważyć z mojej poprzedniej wypowiedzi - nie jestem fanką podkolorowywania realiów. Jeśli robimy serial, którego akcja toczy się w wiktoriańskiej Anglii - postarajmy się, by wyglądało rzeczywiście jak na wiktoriańską Anglię przystało. W Draculi zaś nie same stroje czy obyczaje są problemem, lecz również sposób wyrażania bohaterów i ich zachowanie (dajcie spokój, całowanie w miejscu publicznym? Tym bardziej, jeżeli para nie jest nawet zaręczona?) W serialu używa się także języka nam współczesnego, co według mnie jest sporym niedociągnięciem. 
   
   Pobawmy się teraz w fabułę. Jak można się domyślić z kontekstu - wspaniały Hrabia Dracula zostaje przebudzony z kilkuwiekowego snu, żądny zemsty i oczywiście jak najbardziej do niej gotowy. Pozostaje pytanie: zemsty na kim? W serialu bowiem historia jest troszkę inna, niż w znanych nam opowieściach o Draculi. Alexander Grayson(nasz Hrabia musi mieć przecież zastępcze nazwisko) przybywa do Anglii jako człowiek handlu i nauki, by zaoferować jej bezprzewodową energię. Jest to oczywiście jakimś cudem jeden ze sposobów na usunięcie odwiecznych wrogów naszego przystojnego bohatera. Wrogiem tym jest bowiem Zakon Smoka(?!!), którego członkowie setki lat temu spalili na stosie jego ukochaną żonę (i przy okazji setki innych ludzi lecz to jest najwyraźniej mniej ważne).


Dracula spotyka Minę Murray i rozpoznaje w niej reinkarnację swej zmarłej żony. Oczywiście natychmiastowo miłość wkracza do akcji.
Spójrzcie tylko na to spojrzenie *___*
Przepraszam, chowam mego wewnętrznego fangirla pod biurko.

   Yuzu ma szczerą nadzieję na rozwinięcie takich niedomówień, jak np.przeszłość młodego i również przystojnego (dlaczego wszyscy w tym serialu są piękni?) Van Helsinga, bądź wyjaśnienie, skąd wziął się czarnoskóry Renfield, wierny i nie-szalony pomocnik Draculi, który bardziej sprawia wrażenie jego partnera, niż umęczonego sługi. Jak już mowa o niedociągnięciach i lekko idiotycznych pomysłach... Yuzu nie może się powstrzymać, by wspomnieć o niezwykle kretyńskiej walce na środku dachu. Poważnie, w jednym momencie oglądamy "głęboką" scenę, dostajemy umęczone spojrzenie Jonathana, a w drugiej - Dracula i jakiś łowca wampirów (co on tam robił?) szarpią się w walce na śmierć i życie - efekty rodem z Matrixa. Bardzo nie spodobał mi się też pomysł (spoilers!) uczynienia Kuby Rozpruwacza wampirem. Mogłoby to okazać się ciekawe, owszem, lecz stworzyć z tego jedynie wzmiankę w rozmowie dwóch członków Zakonu Smoka, to według mnie bezsensowny zabieg. Po co w ogóle o tym wspominać? Who cares?


   Powinnam również wspomnieć o Jessice de Gouw, która wciela się w ukochaną Draculi - Minę Murray. Może raczej nie będę komentować gry aktorskiej tej pani, lecz samą postać Miny. Jest to dziewczę urodziwe, najwyraźniej mądre, gdyż studiuje medycynę jako jedyna kobieta w klasie/grupie pełnej mężczyzn, jest również prymuską. Pozostaje jeden problem: nie znosi widoku krwi, co uniemożliwia jej wykonywanie jakichkolwiek zabiegów. Yuzu mocno wierzy, że jest w tej niemożności patrzenia na krew jakaś głębia (ma przynajmniej taką nadzieję), lecz jeżeli twórcy chcieli stworzyć nową Minę - inteligentną, samodzielną i silną - mogliby sobie darować takie szczegóły. Zróbcie z niej doktora, niech ma coś z życia! Dlaczego życiowa miłość Draculi nie może być naukowcem? (Cóż, może dlatego, że gdyby Mina posiadała podstawowe umiejętności percepcji od razu pojęłaby, że z ukochanym jest coś nie tak, chociaż coś mi się wydaje, że wiedziała o tym od początku)

Yuzu uważa, że wampiry w filmach powinny bardziej przypominać Alucarda, niż Edwarda.


   Pozostaje kwestia sensu historii Draculi. Cóż, na razie tego sensu nie widać. Nie dostrzegamy również żadnej głębi, bo co prawda Rhys-Meyers jest świetny, przystojny, dobrze ubrany i nieraz cieszy nas niezwykle romantycznym, powłóczystym spojrzeniem i bije od niego czyste zło (ten człowiek ma w sobie coś niedobrego, co Yuzu się niezwykle podoba), sama postać Draculi nie ma w sobie niczego interesującego. Pierwszy odcinek był po prostu nudny. Może dlatego, że twórcy umieścili w nim wszystkie możliwe wątki, by uczynić go ciekawym lecz - niestety - uzyskali efekt odwrotny.
   Nie muszę chyba odpowiadać na pytanie, brzmiące "czy będę oglądać następne odcinki Draculi", ponieważ zamierzam. Kto wie, może serial nabierze sensu a nawet jeśli nie - zawsze zostaje mi podziwianie nieziemskiego Rhys-Meyersa. Jakąś radość w życiu trzeba mieć, nieprawdaż?




To całe pisanie o Draculi sprawiło, że mam ochotę na notkę o Draculi F. F. Coppoli, czego definitywnie można oczekiwać na tym blogu. Nawet jeżeli publikacja tego wpisu nie nastąpi w najbliższej przyszłości (miesiąc?) - nastąpi niedługo później. Jest to bowiem jeden z moich ulubionych filmów i nie odpuszczę sobie takiej przyjemności, jak napisanie o nim.

Komentarze

Popularne posty