Z mym kotem usiadłam i płakałam - The War Horse


   Gdy wyobrażam sobie prawdziwego pisarza z krwi i kości, mam przed oczami osobę z podkrążonymi oczami ubraną w wyciągnięty sweter, piszącą przy maszynie i palącą papierosa. Obok maszyny koniecznie musi znajdować się filiżanka czarnej kawy(dramatycznie) oraz popielniczka, w której znajdują się same niedopałki. Prawdziwy pisarz nigdy nie dopala papierosów. Nigdy. 
   Otóż, ja nie jestem pisarzem - jestem blogerem. Uwielbiam długie, wyciągnięte swetry(najlepiej męskie - są nawiększe i najlepiej leżą) oraz jestem uzależniona od kawy, lecz nie palę oraz nie piszę na maszynie(hipstersko posiadam takową rzecz, jednak - z tego co mi wiadomo - do blogowania używa się raczej komputera). 
   O co mi chodzi? Jako bloger, nie jestem nikim ważnym. Mogę czasem zrecenzować durny film dla nastolatek, czasem zaś jedną z najlepszych produkcji kinematografii. Mogę również opowiedzieć, jak dwie i pół godziny płakałam przed ekranem, trzymając kota(który miał głęboko w poważaniu całą sytuację) w ramionach. By być dokładniejszą przyznam, iż nie cały czas płakałam. Czasem byłam zła, czasem zawiedziona filmem, czasem mi się nudziło. Nadal nie wiadomo, o co mi chodzi? Mam nadzieję to wyjaśnić.


Najpiękniejszy wieśniak, jakiego widziałam w życiu. I nie mówię tu o koniu.

   The War Horse. Otóż, rzecz dzieje się tak: chłopiec i jego koń. Widzieliśmy to, przerabialiśmy już parę razy(często w wydaniu: dziewczynka i jej koń), dlatego przez pierwsze pół godziny filmu byłam zawiedziona, bowiem myślałam, że o tym właśnie będzie film. O chłopcu, wojnie i koniku, którego wychował. Cóż, było trochę inaczej. 

Bardzo ładna obsada - oto klucz do sukcesu, proszę państwa.

   Oczekiwania były duże. Steven Spielberg, David Thewlis, Tom Hiddleston, Benedict Cumberbatch... Richard Curtis(to nazwisko dość mocno mnie zdziwiło, bowiem ten pan słynie ze scenariuszy do komedii romantycznych - niezwykłe!). Muzyką zajmował się John Williams, co również było zaskoczeniem, bowiem nie była to wybitna ścieżka dźwiękowa. Owszem, pasowała do filmu. Niestety, film także nie był wybitny.

   Historia rozpoczyna się, gdy chłopiec dostaje konia. Chłopiec "książę z bajki"(oczywiście, że tak wygląda każdy wiejski brytyjski nastolatek), bo jakże inaczej? Zwierzę zostaje wytresowane, pomiędzy nimi powstaje więź. Znamy to. Następnie konik ratuje farmę i zostaje wysłany na wojnę. Cierpienie z powodu rozstania, obietnica odnalezienia przyjaciela, znamy to! Czego jednak nie oczekiwałam? Emocji, proszę państwa. Zwykle, oglądając tego typu film(obojętnie: o wojnie czy o chłopcach i ich konikach), pozostaję niewzruszona. Uważam się za dość twardego człowieka, jeżeli chodzi o mordowanie niemowląt czy torturowanie dziewic. Pokażcie mi tylko cierpiącego szczeniaczka - wtedy świat spłonie.

   Po pierwsze: następnym razem, jeżeli będę chciała zabierać się za oglądanie tego typu filmów proszę, niech mnie ktoś porządnie uderzy w twarz. Wszyscy znają moją wielką miłość do każdego żywego stworzenia, moi znajomi nieraz musieli nakładać drogi, bowiem ściągałam ślimaki z chodnika, by nikt ich nie podeptał, przy okazji mówiąc do nich pokrzepiające słowa. Zabiłabym każdego drania, który ośmieliłby się przy mnie zrobić coś niewinnej istocie. I ja postanawiam obejrzeć film o koniach wojennych? Co jest ze mną nie tak? To ma być jakiegoś typu kryptomasochizm?



   Pal sześć, że giną ludzie. Ludzie w całym filmie obchodzili mnie najmniej(no, może poza Tomem w mundurze) Co te zwierzaki im zrobiły? I PO CO ROBIĆ O TYM CHOLERNIE BOLESNY FILM? 


   Moja rodzicielka bardzo sprytnie stwierdziła, że nie zamierza obejrzeć tej produkcji. Dlaczego? Otóż, po co ma sobie psuć humor? Wszyscy wiemy, co działo się na wojnie(oczywiście, nie wiemy tego dokładnie, jednak wyobrażamy to sobie. Nikt nie jest w stanie wiedzieć, co działo się naprawdę, jeżeli tego nie doświadczył), jednak nie trzeba dokładnie sobie tego obrazować. Nie jest to przecież nikomu do życia potrzebne. Och Matko, dlaczego bywają takie chwile, że postanawiam nie słuchać twych rad? Gdzie moja pokora jako córki?

 
Ślicznej obsady ciąg dalszy, tylko co tu robi ten szczeniaczek? Cały film go nie było i nagle jest? Przeoczyłam coś? Nieważne, dopóki jest Ben na stogu siana - żaden szczeniaczek mi nie przeszkadza.


         Przez połowę filmu chwaliłam pomysłodawców, bowiem zapowiadało się na innego rodzaju opowieść o wojnie(gdy już znikło wrażenie opowiadania o chłopcu). Filmów o tej tematyce było mnóstwo; większość do siebie podobna, jednak "War Horse" miał opowiadać historię o koniach. O wojnie z ich właśnie perspektywy. I przez półtorej godziny tak było. Cóż, później już nie do końca. Później pojawiły się cechy przeciętnego filmu o wojnie: kolejne wizje z bitew, cierpienie ludzi, emocjonalna jatka... 

  Były również momenty, które ratowały moje biedne serce przed złamaniem na pół. Gdy myślałam, że jeszcze dwie minuty zwierzęcych cierpień i film wyłączę, przyszła kolej na scenę, w której cały batalion mężczyzn zaczyna wołać konia, "klikając" językiem o zęby. Bezcenne. Scena z nożycami? Kolejny diamencik. "War Horse" uczy, jak zdobyć szacunek u kumpli-żołnierzy. Wystarczy wygrać konia w rzucie monetą z Niemcem. Wiadomo, że będą o tobie mówić do końca życia.

Tom w mundurze. Czy muszę pisać coś więcej?

   Czyż nie dobija się koni? Otóż, moi drodzy czytelnicy - tak jest. Czy się o tym opowiada? Owszem, czasami. Niestety, zwykle twórca czuje, że musi dodać coś jeszcze. Nie można przecież nakręcić filmu o samych zwierzętach, trzeba dodać również problemy ludzi, nieważne, czy widzowie mają ich już dosyć i po dziurki w nosie. Czy to pomysł pisarza, czy reżysera? Nie jestem w stanie powiedzieć, książki nie czytałam. 
   Cieszę się z paru dobrych scen w tej produkcji. Scen, o których Tom i Benedict wypowiadali się w słynnym "bromance" wywiadzie. Człowiek od razu wie, że Ci dwaj mówią do rzeczy! Chwała wam, mężczyźni w mundurach!

Czy to źle, że chcę być tym koniem? 

   Cóż. Pospamowałam, "pohejtowałam", lecz również trochę się zachwyciłam. To był dobry seans. Dużo łez, mało czekolady, zaś jedno piwo plus sporo śmierci dookoła. Czego można chcieć więcej w piątkowy wieczór? Życia?

Komentarze

Popularne posty