Copernicon 2013 - relacja w pewnym stopniu

Przede wszystkim chciałabym napisać, iż wzięłam sobie radę Zwierza Popkulturalnego(brzmiącą: pisz o czym chcesz, bez względu na tematykę) do serca i spróbuję przedstawić to, co leży mi na duszy od kiedy rozpoczął się Copernicon 2013. Nie będzie to relacja z krwi i kości, bowiem nie zamierzam opisywać każdego szczegółu imprezy. Niestety, jestem na to zbyt leniwa.




   Oznajmiam, iż byłam na Coperniconie wyłącznie jako uczestnik. Nie bawiłam się w gżdaczowanie ani nie robiłam żadnych paneli(trzeba przyznać, że była to miła odmiana) - przebywałam tam jedynie jako osoba, która płaci pełną cenę za wejściówkę. Pierwszym zasadniczym problemem konwentu(i właściwie jedynym poważnym - wracam z Coperniconu z pozytywnymi wspomnieniami) był tzw. "sleep room". W moim krótkim życiu byłam na pięciu konwentach i nigdy nie spotkałam się z sytuacją, w której takowe pomieszczenie mieściłoby się poza terenem konwentu. Tym razem sleep room mieścił się w liceum oddalonym od Collegium Maius o około dwa przystanki, co normalnie nie powinno być problemem, jednak... w piątek oraz sobotę LAŁO. Wybaczcie caps lock, lecz nie jestem w stanie opanować emocji. Nie jestem osobą, której deszcz - nawet ulewa - szczególnie przeszkadza w życiu, jednak jeżeli jest północ i staram się dotrzeć przez zalany Toruń do liceum nr 10, niosąc istotne dla przeżycia przedmioty, takie jak: karimata, śpiwór oraz ubrania na zmianę to obawiam się, iż prawdopodobieństwo utonięcia wyżej wymienionych rzeczy sięga nawet 90%.
   Czuję się dziwnie, ponieważ nie jestem do końca pewna mojego następnego punktu do narzekania, mianowicie: stan toalet konwentowych. Jak wszyscy wiedzą: łazienki pełnią dość istotną rolę w życiu człowieka. Lubimy gdy jest czysto, prawda? Napiszę zawczasu, iż nie oczekiwałam stanu szkolnych pryszniców lub ubikacji dorównującego ich hotelowym odpowiednikom, lecz spytam grzecznie: kto, na Merlina, tworzy prysznice w korytarzu do toalety?! Co prawda nie rażą mnie nagie kobiece ciała, to nie uważam, że ich właścicielki czuły się komfortowo, gdy usiłowałam dostać się do toalety, mijając je w trakcie namydlania bądź innej podobnej czynności. Uważam, że każda z nas wyglądała i czuła się wyjątkowo głupio.
   Chciałam również wspomnieć, iż tego typu "nocne eskapady" do sleepów nie były bezpieczne. Dawno nie zostałam zaczepiona na ulicy - tym bardziej, gdy uczestniczyłam w konwencie - jednak gdy wracałam w sobotę główną ulicą, by pospać chociaż te trzy godziny, takowa rzecz właśnie mi się przytrafiła. Na szczęście przebywałam ze znajomą i udało nam się wybrnąć z nieprzyjemnej sytuacji, która według mnie nie powinna mieć miejsca w ogóle. Toruń nie jest jednak tak przyjaznym miastem, co wielce mnie zdziwiło, ponieważ jeżdżę tam od dzieciństwa.
 
   Wracając do tematu samego konwentu: znalazłam się na kilku prelekcjach, które nie powinny mieć nawet miejsca. Osoba prowadząca wykład/dyskusję siada naprzeciw słuchaczy, po czym czyta temat z kartki i pyta, co o tym sądzą. Było zabawniej, jeżeli miał być to panel dwugodzinny. Przejmuje go więc osoba, która zna się na tematyce dość lepiej(co nie jest wielkim wyczynem) i próbuje wkręcić prowadzącego, a nuż zdenerwował się i zapomniał, co miał powiedzieć. Niestety, odczułam wrażenie, iż osoba odpowiedzialna za panel wpisała go w program jedynie dla zniżki na wejściówkę. Nikt nie sprawdza, czy prelegenci są przygotowani, co rani me serce.
   Zamierzam teraz poruszyć temat, o którym miał być cały dzisiejszy wpis(dziwnym zbiegiem okoliczności, poczułam potrzebę podzielenia się odczuciami z innymi), mianowicie dwie godziny z Jakubem Ćwiekiem.
   Polskiego autora "poznałam" już na Pyrkonie 2013 i niestety muszę stwierdzić, że nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Zacznijmy od tego, iż nie doceniam jego literatury. Przeczytałam całą serię "Kłamcy", która zaprojektowana została, by skończyć czytanie w kilka godzin i z przykrością przyznaję, że minęło już od tamtego czasu parę miesięcy i nie pamiętam zbyt wielu faktów, dotyczących opowieści. Niesetety, nic nie utknęło mi w pamięci, co dowodzi o wartości tej prozy. Próbowałam również sięgnąć po "Chłopców", lecz po trzydziestu stronach postanowiłam zaprzestać tej czynności. 
   Wejście sławnego pana Ćwieka do sali literacko-komiksowej poprzedziło dosłowne "wejście smoka" trzech pięknych kobiet, których usta zostały pociągnięte krwistoczerwoną szminką, włosy zaś ułożone najwyraźniej przez specjalistę. Czy tylko ja spodziewałam się, iż te panie miały jakiś cel, bądź coś do powiedzenia? Wszystkie trzy usiadły na podwyższeniu i przez dwugodzinny panel wyglądały pięknie, cały czas trzymając wargi idealnie wydęte. Podziwiam ich umiejętność siedzenia bez ruchu, niemniej jednak czułam się dość dziwnie na tej prelekcji. Nie zrozumcie mnie źle: dziewczyny naprawdę były śliczne. Wydawało mi się jednak, że promocja książki nie polega na wypuszczaniu modelek na wybieg, by widownia mogła nacieszyć oko. 
   Pan Jakub od jakiegoś czasu promuje "prosty przekaz" oraz "proste słowa" w literaturze. Przyjemnie słuchało mi się, gdy opowiadał o wybitnych dziełach, takich jak "Droga" Cormaca McCarthy'ego czy też "Rzeźnia numer 5" Kurta Vonneguta... ceni również dzieła Neila Gaimana, którego również darzę wielką sympatią oraz szacunkiem. Autor "Chłopców" nie chce jednak wzorować się na powyżej wymienionych autorach; Ćwiek pragnie pisać proste książki, by każdy mógł zrozumieć, co ma do powiedzenia.
   Po pierwsze: słyszałam Jakuba Ćwieka, wypowiadającego się na temat ilości wulgaryzmów w jego literaturze. Powiedział wtedy, iż "są takie sytuacje, które najlepiej opisane są słowem <ku**a>". Zaiste, prawdopodobnie są. Nie trzeba jednak używać ich na każdej stronie. Istnieje wiele pięknych określeń w polskim języku, wystarczy otworzyć słownik.
   Po drugie: nie mogę przestać zastanawiać się, czy dążenie do całkowitego uproszczenia literatury nie jest swoistym jej obrażaniem...? Możliwe, iż użyłam na to dość mocnego określenia, jednak tak to odczuwam. Dlaczego od starożytności artyści usiłują dobierać piękne słowa, tworzyć neologizmy bądź szukać adekwatnego synonimu, by przekazać to, co pragnęli przekazać? Po co tyle czasu poprawiali swój styl pisarski i kształcili się w tej dziedzinie? Czy byli w błędzie?
   Prawdopodobnym jest fakt, iż Yuzu po prostu została wychowana w przeświadczeniu, że dobrze jest mieć szeroki zasób słownictwa i dlatego nie potrafi zaakceptować pomysłu pana Ćwieka. Co prawda na przestrzeni lat, gdy zaczęłam zastępować mój język polski - angielskim, mój zasób znacznie ucierpiał, lecz nadal staram się jak mogę i to właśnie czytanie dobrze napisanych książek pomaga mi w poprawianiu umiejętności pisarskich, tudzież sposobu wyrażania własnych myśli. Uważam, że im więcej człowiek zna słów - tym lepiej jest mu opisać stan lub sytuację, w jakich się znajduje i dam uciąć sobie rękę, że da się je określić innym słowem niż "ku**a".

   Tyle słów we wpisie i większość nie jest pochlebna. Nie było to zamierzone, przepraszam! Napiszę całkowicie szczerze, iż Copernicon 2013 był konwentem udanym. Uczestnicy byli w stanie znieść stan liceum nr 10, zaś na prelekcje, które ich nie interesują - nie musieli przecież iść. Na szczęście(?) toruński konwent nie jest tak ogromny jak Pyrkon lub Polcon i uważam, że to właśnie jest powodem dość sporego "socjalu" między uczestnikami. Byłam zadowolona z poznania wielu ciekawych ludzi oraz z uprzejmości większości konwentowiczów. Jeżeli jakaś osoba zahaczy cię ramieniem, zwykle nie oczekujesz wylewnych przeprosin, prawda? Zdarza się. Mnie przytrafiło się to kilka razy i za każdym dana osoba zatrzymywała się i z zakłopotaniem wyrażała żal z tego powodu. Niezwykłe! Ludzie byli w stanie uśmiechać się do siebie na korytarzach...! Możliwe, że moje odczucia wydają się wam dość dziwne, dlatego zamierzam się wytłumaczyć.
   Pyrkon był dla mnie pierwszym ogromnym konwentem. Zwykle bywałam na imprezach, na które przyjeżdżało maksymalnie 500 osób i wszyscy byli jedną wielką społecznością. Poznański konwent był dla mnie sporym szokiem. Ogromna masa fantastów zderzyła się z dość mniej liczną grupą mangowców, co tego typu imprezom i ich uczestnikom - najnormalniej i po prostu - szkodzi. Musicie wybaczyć mi uogólnianie, na pewno byli fantaści i mangowcy, którzy bawili się razem świetnie(przynajmniej ja mam taką nadzieję jako fan fantastyki oraz mang), jednak odniosłam wrażenie, iż pyrkonową atmosferę można było przecinać nożem. Przez całą imprezę czekałam na tzw. jatkę. Z tego co wiem to nie było bójek, lecz szczęśliwej atmosfery jak na Coperniconie również zabrakło. Prawdopodobnie dlatego aż tak mocno spodobał mi się toruński konwent.

   Wrócę jednak do atrakcji Coperniconu, ponieważ mogłam lekko zboczyć z tematu. Wybaczcie, zdarza mi się to dość często. Mea culpa!
   Bardzo podobała mi się zwierzowa prelekcja o fangirlizmie oraz panel o tytule "Kobiety w grach internetowych". Na obu czułam się świetnie, bowiem dowodziły tego, że jednak są ludzie podobni do mnie. Fangirlizm nie jest zły i nie powinniśmy być oceniani za jego wyrażanie, zaś każda dziewczyna grająca w gry komputerowe wie jak to jest, gdy ktoś prosi o pokazanie cycków. Na pogadance można było wyrazić swą frustrację oraz podzielić się "wrażeniami" z tego typu sytuacji. Jednym z lepszych atrakcji był również panel Cyryla - "Bogowie oraz wierzenia w <<Pieśni Ludu i Ognia>> GRR Martina i serialu <<Gra o Tron>>". Cyryl dwie godziny opowiadał o czymś, na czym się zna(co było miłą odmianą po niektórych piątkowych panelach), dozwolone było zaś dołączenie się do dyskusji, z czego chętnie korzystaliśmy. Oczywiście, jak to zwykle się zdarza, kilka razy zboczyliśmy z tematu, snując mnóstwo teorii na temat "Gry o Tron".. Pogadanka nie została jednak niedokończona, wszyscy byli zaś zadowoleni burzy mózgów i przyjemnej atmosfery.

   Wiadomym jest, iż Yuzu na konwencie wydała dość dużą sumę pieniędzy na kilka pozornie niepotrzebnych rzeczy(dla kogo niepotrzebnych, dla tego niepotrzebnych). Postanowiłam zakupić plakat z Benedictem Cumberbatchem, zaś sprzedawca odgadł mój gust i pokazał mi również plakat Lokiego. Czy muszę pisać, że ten również nabyłam? Byłam również świadkiem tworzenia podkładki pod kubek z wizerunkiem Tardis i również nie mogłam odmówić sobie przyjemności wydania za nią pieniędzy... do tego dochodzą oczywiście przypinki.




Coperniconowe nabytki. Przepraszam za jakość. Lenistwo(brak many) zabrania mi ładowania aparatu. Zdjęcia plakatu z Lokim nie mogłam znaleźć w googlach(katastrofa). Wyobraźcie sobie po prostu czyste zło, wylewające się z papieru i będziecie wiedzieli o co chodzi :)
(Miałam ochotę na zakupienie przypinki z "Hannibala", jednak nie jestem wielką fanką samego serialu, ile głównego bohatera.. pewnie jeszcze wyląduje tu recenzja tego show. Przypinka za to była świetna. Napis brzmiał mniej-więcej: "Somebody please help Will Graham... No, not you, Hannibal")

   Dziś rano odwiedziła mnie również pani listonosz z dwoma wspaniałymi plakatami, które zamówiłam za grosze i którymi zamierzam ozdobić mój warszawski pokój. Pochwalę się i pospamuję zdjęciami.


Plakatowa Tardis ma 157 cm wysokości ♥ 
(to praktycznie tyle, co ja)


Podsumowując, Copernicon 2013 uważam za konwent udany - nie licząc małych niedociągnięć. Mam nadzieję, że w przyszłym roku zmienią miejsce sleep roomów i wszystkim będzie błogo i wesoło. 

Jak czuję się po konwencie? 






Ogłoszenia parafialne: Oficjalnie oświadczam, iż będę dodawać wpisy trzy razy w tygodniu, jednak bez określonych na to dni. To moje postanowienie, którego zamierzam się trzymać. Zobaczymy, co z tego wyjdzie :)

Komentarze

  1. Głęboko wierzę w te twoje 3 razy w tygodniu, życzę powodzenia trzymam kciuki itd, itp. :) Co do sleepów to się zgadzam, ogólnie to był mój pierwszy konwent i jestem bardzo zadowolona, poznałam strasznie fajnych ludzi, byłam na wielu ciekawych prelekcjach, nadal doceniam prelekcję "Dlaczego lubimy tych złych", atmosfera niesamowita, wszyscy byli tak zmęczeni, że nie ważne o czym byśmy rozmawiali było to zabawne. Ja uwielbiam Toruń (i nie mówię tego, że niedługo będę tam mieszkać) i w sumie nie zdziwiło mnie tak bardzo, ponieważ jak wracałyśmy to była sobota i było baardzo baardzo późno, a toruńska starówka pełna jest klubów i pubów. Świetnie było też na planszówkach. No i w sumie nie wiem co jeszcze mogę powiedzieć, ogólnie pozytywnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, "strasznie fajnych ludzi" było naprawdę sporo :) np. pewni panowie, którzy spędzili z nami konwent, kilka razy pożyczając nawet swoje baty(dlaczego to zabrzmiało tak niewłaściwie?)
      Czekam na Twe wypociny!

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty